Inne planety.

No cóż? Upłynęło sporo czasu od ostatniego wpisu więc z szacunku dla tych kilku oświeconych czytelników, którzy co jakiś czas zaglądają w moje skromne progi jestem zmuszony coś spłodzić. 🙂 Niech ilustracją do dzisiejszych rozważań będzie obrazek, który widać poniżej. Life it’s a tricky thing jak to ktoś powiedział (Radek K. by pamiętał kto, ja mam już demencję i inny poziom wrażliwości) i miał rację. Aby spojrzeć na całość procesów jakie nas otaczają i zacząć je analizować takimi jakie są w oderwaniu od narzutów własnego ego trzeba dojść do momentu, gdy zauważymy, że nas nie definiuje to ile mamy, jakie mamy wykształcenie, czy jesteśmy pożądani czy nie, ale fakt, że mamy w ogóle możliwość egzystencji w otaczającym nas cyrku. Aby to osiągnąć trzeba sporo stracić, dużo zyskać, sporo wycierpieć ale też odczuć wiatr w żaglach, czyli im dłużej żyjesz i więcej myślisz tym więcej wiesz i więcej szczęśliwy jesteś bez względu na to co się zdarza. Tak myślę, że nie będzie to tekst mojego życia bowiem powiem wam szczerze, że obserwacja otoczenia pcha mnie coraz mocniej w objęcia samotności i izolacji oraz groteski na poziomie Monthy Pythona. Cóż, ludzie nadal uważają, że sukces równa się to ile masz na koncie. Biedacy. 😛

Czytaj dalej Inne planety.

Napędzanie przez porównanie.

Każdy człowiek potrzebuje napędu do działania. Większość z nas przynajmniej do pewnego momentu funkcjonuje na bazie etapów, czyli zakładamy sobie scenariusze, które później z lepszym lub gorszym skutkiem próbujemy realizować. Najbardziej prymitywną formą motywacji ale też najpowszechniejszą jest napędzanie przez porównanie. Ogarnij się, zmień pracę, zrób biznes, będzie ci się powodzić lepiej – kto nie słyszał takich rad będąc w czarnej doopie? Przyznam szczerze, że na mnie ten schemat działał do mniej więcej trzydziestki, wtedy to zatracając się w wyścigu szczurów zacząłem powoli dochodzić do wniosku, że ta droga prowadzi do nikąd bowiem po pierwsze zawsze znajdzie się ktoś stanowiący wyzwanie czy to materialnie, czy pod względem ilości i jakości mięśni a także kalibru posiadanej w danej chwili kobiety ale także stopa zwrotu z takiej inwestycji (czas, stres, zasoby) jest zazwyczaj wysoko niesatysfakcjonująca, no bo skoro już tyrasz na tej siłowni po parę godzin, masz osiągnięcia w stanie konta, gadanę i szacunek to chciałbyś się obracać w towarzystwie kobiecej, fizycznej dziesiątki a tymczasem ona nie jest zainteresowana właścicielem czeskiej trzystu konnej limuzyny tylko torebkami za dwa klocki, które leżą na ulicy w krajach Zatoki Perskiej a także właścicielem firmy produkującej drony służące do zabijania ludzi – oczywiście wytłumaczy sobie, że typ ma stresującą pracę więc musi się relaksować chodząc na dziwki, podczas gdy ty miałeś ciosane kołki na głowie wychodząc z kolegami na drinka . 🙂

Czytaj dalej Napędzanie przez porównanie.

Radiostacje numeryczne.

Pamiętam połowę lat 80tych i pierwszą fascynację radiem. Były to czasy, gdzie w TV były dwa kanały, z których jeden nadawał od 15 do 22 a drugi z przerwami od 7 do 24. Po włączeniu telewizora należało poczekać jakąś minutę, żeby nagrzały się lampy po czym ukazywał się oszałamiający jakością obraz w 576 liniach, oczywiście czarno-biały. Do koloru mieli dostęp nieliczni. Zero internetu, telefony stacjonarne też mało kto posiadał, zresztą dodzwonienie się do kogoś w innym mieście wymagało zamówienia rozmowy u telefonistki, bywało, że na połączenie zwrotne czekało się kilka godzin. Dopiero później wprowadzono automatyczne numery kierunkowe, jednak te ze względu na słabą przepustowość często były zajęte. Mimo to wspominam ten czas dużo lepiej niż obecny, po prostu, żyło się lokalnie a ludzie mieli dla siebie więcej czasu, serdeczności i zrozumienia. Naturalnym zatem było, że oknem na świat dla mojego pokolenia było radio. Niejeden wieczór spędziłem siedząc w półmroku i kręcąc gałką starego, lampowego radia o wdzięcznej nazwie DML-351 starając się złapać jak najodleglejszą rozgłośnię. Był to ostatni, lampowy odbiornik produkowany przez Diorę zapewniający możliwość odbioru stacji w paśmie fal długich, średnich, krótkich i ultrakrótkich. O ile UKF odbierał ze znacznym szumem o tyle stacje nadające w pozostałych pasmach słychać było z charakterystycznym, ciepłym, lampowym brzmieniem. Siedząc przy oknie i patrząc na ciemny, zimowy świat jedyną poświatą na ścianach pokoju generowało podświetlenie skali. Propagacja fal była taka, że można było łapać różne zagraniczne rozgłośnie w tym zakazane Radio Wolna Europa. Ale nie to mnie najbardziej pociągało – najbardziej mroziły mnie dziwne transmisje zawierające stukanie, dzwonienie, powtarzane sekwencyjnie wyrazy. Kojarzyło się to jednoznacznie z przekazem kosmitów a był to czas kiedy dostęp do informacji jak wspomniałem był żaden. Później dowiedziałem się, że te dziwne dźwięki nadawane są do dziś a nadają je tak zwane radiostacje numeryczne.

Czytaj dalej Radiostacje numeryczne.