Nomadland na rauszu.

Pandemia sprawiła, że Nomadland, który miałem oglądać w moim ulubionym kinie w styczniu zobaczyłem dopiero w zeszłym tygodniu. Sam obraz powinien być znany, gdyż jest on laureatem trzech Oscarów, dwóch Złotych Globów, oraz wielu innych nagród, za to istnieje wyraźny problem z jego interpretacją. Film należy do gatunku ginącego kina, które już w następnym pokoleniu raczej nie znajdzie ani zrozumienia, ani odbiorców. W świecie pędzącego na złamanie karku stada nie ma miejsca ani na refleksję ani na wspomnienia. Jest tylko jutro, więcej, oczekuję, chcę, należy mi się i tak dalej. Ale nie o tym. Czemu Nomadland na rauszu? Bowiem dziś byłem z kolei w kinie Elektronik na projekcji przedpremierowej duńskiego filmu Na rauszu. I powiem Wam, że takie kino, mnie wychowanemu w moralnym niepokoju leży wyjątkowo, choć  z tym drugim obrazem mam problem. O ile Nomadland jest dla mnie jak otwarta i przeczytana książka tak Na rauszu zawiera w sobie coś, czego do końca nie rozumiem. Spróbujmy zatem porozważać na temat obu niewątpliwie wybitnych obrazów.

Nomadland można zrozumieć i wczuć się w klimat jedynie wówczas jeśli ma się tendencję do przeintelektualizowania rzeczywistości. Wielu krytyków narzeka, rozciągnięte sceny, nuda, przejaskrawienie i tak dalej. Czytałem trochę recenzji na Filmweb i nikt ale to zupełnie nikt nie dotarł do clue a mianowicie faktu, że na pewnym etapie życia każdy z nas dotrze do punktu, kiedy już…nic lepszego niż było się nie zdarzy. Tak, znów zbyt przyziemny Gutner wywala z kół taczkę z napisem możesz wszystko i to co najlepsze przed tobą. To bujda, tak gdaka stado aby wzajemnie dodać sobie animuszu, większość w to nie wierzy, ale zawsze może trafić się ktoś za mocno szanujący gdakanie i przyjąć, że tak jest a to w konsekwencji może w pewnych warunkach zabić, tak jak zabiło TB. Kolejny błąd w ocenie tego filmu to założenie, że pokazuje on upadek Ameryki. Owszem US to bankrut na kroplówce z dodruku ale zanim się zawali minie jeszcze ładnych parę lat, tymczasem główna bohaterka co najmniej dwa razy mogła zmienić swoje życie. Pierwszy raz to wtedy, gdy mogła sprzedać dom, w którym była szczęśliwa wraz ze zmarłym później mężem nim miasteczko upadło ekonomicznie a drugi raz kiedy spotkała Dave-a, który zaoferował jej własną rodzinę i dom. Próbowała odnaleźć się w nowych warunkach, pełnych ciepła, wsparcia i miłości a mimo to wybrała drogę tylko po to, by na końcu wrócić do miejsca, które zapadło jej w pamięć na zawsze. Widok na pustynię i zamykające horyzont góry są tym co zamknęło ją w swoim potrzasku i nie wypuści już nigdy. Aby nie zwariować Fern rusza w drogę, droga bowiem pozwala choć na chwilę zapomnieć o tym co było i nie stracić zmysłów. Istnieje tylko wczoraj, dziś nie ma a jutro jest wyłącznie mgłą snującą się wśród gęstwiny drzew, nawet jeśli „wyklepywacze” rzeczywistości stanowią, że ważne tylko to czego jeszcze nie było. Polecam film wszystkim wrażliwcom, osobom które nie znoszą pożegnań, rozstań a wyrzucenie starej pamiątki stanowi dla nich życiowy dylemat na poziomie życia i śmierci. Resztę kieruję w mniej skomplikowane kino i radzę nie zawracanie sobie dupy takimi obrazami bo i tak nic z tego nie wyjmiecie a może się zdarzyć , że jeden czy drugi wyrzyga z siebie wynikającą z niezrozumienia istoty rzeczy negatywną recenzję.  Ten film to tribute dla ludzi, którzy nie mogą się odnaleźć w otaczającym nas plastikowym, sztucznym, pełnym pozorów świecie.

Druk, czyli Na rauszu, to z kolei propozycja duńskiego reżysera Thomasa Vinterberga, którego pierwszy raz miałem okazję zobaczyć na Festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym. Zapadło mi wówczas w pamięć doskonałe Polowanie i kręcony „z ręki” Festen ale to dzisiejsza projekcja dotarła do mnie dużo mocniej niż jego wcześniejsza twórczość. Przede wszystkim fenomenalna gra Madsa Mikkelsena w roli głównego bohatera – Martina – spodoba się z racji aparycji drogim $$$ paniom nie ujmując jednocześnie czegokolwiek z aktorskiego kunsztu wspomnianego pana. Na rauszu to film odczarowujący rzeczywistość w jakiej żyjemy. Czterech przyjaciół, nauczycieli w jednej z duńskich szkół toczy dostanie życie pozbawione trosk egzystencjalnych. Wszyscy wchodzą w wiek, kiedy dotyka nas smuga cienia i zaczynamy zastanawiać się nad czymś głębszym niż rodzaj mebli do salonu, czy marka samochodu jaki stoi w garażu. Mamy już dom, gitarę elektryczną a nawet lampowy sprzęt audio spod stajni Bang und Olufsen. Ich życia to fasada skrywająca głęboką tęsknotę za prawdziwym ja. Najbardziej tragiczną postacią jest prowadzący życie samotnika Tommy, nauczyciel WF. Jedyną bliską mu istotą jest jego stary pies, o którego dba jak może. Martin ma pozornie normalny dom, żonę, dzieci ale to wszystko jest wokół jakby za ścianą z szyby. Nie dogaduje się w domu, dba o rodzinę z poczucia obowiązku, czuje przytłoczenie codziennością i brakiem emocjonujących perspektyw. Alkohol stanowi ostatnią próbę odzyskania dawnej werwy i chęci do życia. Na chwilę mu się udaje, jednak w miarę postępów picia okazuje się, że jego związek rozpada się, przy okazji awantury dowiaduje się, że żona go zdradzała, bo od kilku lat żyli obok siebie będąc de facto obcymi sobie ludźmi. Jakże powszechny obraz stada prowadzącego egzystencję na pokaz, bo tak trzeba! Permanentna awantura kończy ich związek. Kolejna postać to Nikolaj, głowa rodziny, ojciec trójki dzieci zepchnięty do roli zaopatrzeniowca i potakiwacza, którego najlepszym synonimem staje się „świeży dorsz”, którego każe kupić mu małżonka po czym odkłada słuchawkę nie pozwalając nawet dokończyć rozmowy. Codzienne, pełne frazesów „tak kochanie”, „oczywiście kochanie” potęguje tylko frustrację w tym teatrze cieni. Fasada rodziny, szczęścia za którą kryje się wyłącznie obowiązek to chyba najbardziej destrukcyjna forma egzystencji. Mamy jeszcze Petera, nauczyciela matematyki równie zagubionego w rzeczywistości jak reszta.

Nie będę za mocno spojlerował bo bardzo polecam ten film okraszony dodatkowo ciekawą ścieżką dźwiękową więc nie chcę zepsuć „czystego” odbioru, dodam tylko, że najbardziej mi żal Tommyego, który popełnia samobójstwo po tym jak uzmysłowił sobie, że został mu wyłącznie alkohol. Niejednoznaczna jest dla mnie ostatnia scena, gdzie Martin skacze do wody z nabrzeża portowego, na którym odbywa się impreza suto zakrapiana alkoholem związana z zakończeniem roku szkolnego. Czyżby poszedł w ślady przyjaciela nie mogąc już znieść sztucznej radości generowanej dzięki wspomagaczom? Generalnie chlają wszyscy bo świat na trzeźwo dla ludzi myślących jest nie do przyjęcia. Jednak wszystkim się jakoś udaje poskładać tylko nie Tommy-emu. To tak jak z tym powiedzeniem – mówią, że będzie dobrze, że się w końcu wypłynie a ja mówię, ciebie to nie dotyczy, bo akurat TY się utopisz. I tak jest z Tommym, świetnym facetem, który w dodatku  był dobrym trenerem ciągnąc do góry wszystkich włącznie z  klasowym safandułą „okularnikiem”. Zresztą na pogrzebie cała klasa pięknie mu zaśpiewała – dla takich chwil chyba warto żyć, szkoda że on sam już się o tym nie przekonał.

Jest jeszcze jeden element, który w życiu się nie zdarza, chyba że masz aparycję Madsa Mikkelsena a mianowicie, gdy ten próbuje ratować rozpadający się związek dostaje kosza i feedback, że to nie ma przyszłości, by pod koniec filmu dostać jednak sms-a od swojej ex, że tęskni i…to bardzo. Nigdy mnie to nie spotkało mimo, że chyba zawsze na to liczyłem bez względu na okoliczności rozstania. Zresztą zawsze za dużo kina a za mało życia było w mojej bajce.

To chyba tyle.

pozdrawiam

Artur

PS: Poza ścieżką dźwiękową z Na rauszu, polecam też moją własną playlistę zbudowaną wczoraj na bazie 330 notowania Czwartkowego Czartu w RockserwisFM.