Cztery z tysiąca.

Ostatnia eksplozja lata w tę zimową wiosnę popchnęła mnie mocno w góry. Jedna z moich miejscówek daje mi doskonałą bazę wypadową w Gorce, Beskid Wyspowy, Żywiecki i Tatry. Cztery z tysiąca to także tytuł znakomitej książki profesora Wojciecha Borzobohatego traktującej o leśnych ludziach, takich co biegli przez las dziesięć kilometrów z pełnym oporządzeniem, aby pomóc sąsiadom. Cztery z tysiąca to także Julo czyli męski blues jak śpiewał niezapomniany Andrzej Zaucha. Cztery z tysiąca to także cztery szczyty, które zaliczyłem dzień po dniu napawając się słońcem, słuchając śpiewu ptaków, obserwując przyrodę a także trochę wspominając, ale tylko ociupinkę 😉 Generalnie idziemy do przodu, pod górę, po kamieniach, leśnych duktach i dolinach. Bo kluczem jest nie cel a droga.

Pierwszy szczyt jaki zaliczyłem w sobotę to Luboń Wielki. Biernatkę (bo tak mówią o Luboniu mieszkańcy Zarytego) można zrobić z trzech kierunków. Kiedyś dość często wjeżdżałem tam rowerem od strony Zakopianki, niebieskim szlakiem przez Luboń Mały, fajna, niezbyt wymagająca trasa dla rowerów górskich, wchodziłem też od strony Mszany Dolnej z Przełęczy Glisne (polecam działki do kupienia bo widoki walą z nóg). Od strony Zarytego na szczyt prowadzą trzy szlaki – żółty, najbardziej stromy i oferujący niewielkie gołoborze, po którym trzeba się wspiąć, niebieski prowadzący od Kościoła a także najłatwiejszy, zielony. Tym razem poszedłem sobie na spacerek zielonym szlakiem, dostanie się na szczyt z Rabki zajmuje mi mniej więcej dwie godziny, droga powrotna niebieskim szlakiem przez Królówkę i przesmyk między Banią i Grzebieniem to jakieś półtorej godziny. W każdym razie, z góry widoki piękne o ile dopisze pogoda no i zajefajny żurek, który chłopaki gotują na miejscu albo przywożą z Kudłacza. Czasem walę na górę tylko po to, aby smagany wiatrem na skale zjeść dobry obiad. 🙂 Polecam Mapę Turystyczną na Androida, bo ma świetnie rozrysowane szlaki a na IOSa czeską apkę Mapy.cz. Ta ostatnia jest nawet lepsza bo darmowa, ma świetnie rozpisane marszruty, możliwość pobrania map offline, co w miejscach typu Tworylne, Krywe czy Moczarne w Bieszczadach nie jest bez znaczenia, bowiem zasięgu tam nie ma żadnego (i o to chodzi). Generalnie tak – z dzieckiem zielonym na Luboń, normalnie niebieskim, trochę skałek żółtym. Można też zejść na Przełęcz Glisne i zaliczyć pobliski Szczebel z pięknymi widokami na okoliczne pasma. Polecam każdemu, nawet ludziom zasiedziałym za biurkami.

Drugi z tysiąca to Turbacz. Robiłem ten szczyt rowerem wielokrotnie, zawsze czerwonym szlakiem z Rabki w niedzielę jednak uderzyłem po raz n-ty z buta. Najczęściej schodzę do Nowego Targu i stamtąd łapię komunikację do mojej samotni. 🙂 Czerwony i bardzo malowniczy szlak prowadzi z Parku Zdrojowego w Rabce przez górkę zwaną Maciejową, z kapitalnym schroniskiem, gdzie można zanocować, wypić piwko a nawet zrobić nocne ognisko z widokiem na migające wieczorem światełka domów w okolicznych dolinach. Polecam, również ze względu na częsty widok na Tatry oświetlone słońcem. Maciejowa to był kiedyś kapitalny stok narciarski, niestety okoliczni górale się nie dogadali i wyciągu nie ma, nie mniej jednak ja przynajmniej raz w sezonie biorę dechy na plecy i urządzam sobie off piste adventure. W archiwalnych wpisach możecie sobie przeczytać jaką frajdę daje tonięcie w głębokim puchu. Ale znów się rozmarzyłem a tymczasem dochodzimy już do schroniska na Starych Wierchach, które kiedyś w akcie chęci kompletnego odcięcia się od stada chciałem wydzierżawić po to aby tam zamieszkać. Mieliśmy to prowadzić we dwóch, tylko my, maszyny do pisania, zdjęcia na ścianach a czynsz sam się zapłaci 😉 Żartuję, ale niewiele do tego kroku brakowało. Polecam usiąść sobie już za głównym placem schroniska, z dala od ludzi pod drogowskazem. Kapitalnie widać Tatry. Ruszamy dalej i docieramy do miejsca katastrofy lotniczej z 1973 roku na Obidowcu, wystarczy tam stanąć aby uzmysłowić sobie jak niewiele zabrakło załodze aby przeskoczyć grań. Do dziś możemy pochylić się nad losem załogi przystając na chwilę pod obeliskiem zrobionym z resztek poszycia samolotu, śmigła i drobnych elementów silnika. Ruszamy dalej, tu dopiero zaczyna się właściwa zabawa jak na maratonie po trzydziestym drugim kilometrze. Mimo, że mamy maj na szlaku jest mnóstwo śniegu, który ugina się pod ciężarem powodując, że zapadamy się czasem po kolana 🙂 Polecam raczki z Lidla na taką okoliczność, bowiem nie raz, nie dwa szlak miejscami jest oblodzony, oczywiście można się szarpać tam nawet w Adidasach, ale z raczkami zasuwa się pewnie po lodzie obserwując walkę z naturą mniej doświadczonych turystów. Rzadko wspinam się na szczyt Turbacza, przeważnie obchodzę go trawersując zbocze wprost do schroniska, ale w niedzielę była piękna, słoneczna pogoda więc dla widoków ze szczytu warto! Dobijam do schroniska ale ze względu na tłum ludzi nie zachodzę na przepyszne naleśniki z jagodami tylko schodzę do Nowego Targu. O dziwo pierwszy raz w życiu udaje mi się na dole złapać autobus do centrum. Chce kupić bilet, ale automat jest tylko na drobne. Na szczęście SkyCash jest niezawodny, polecam tę apkę (wpis zawiera lokowanie produktu). Wysiadam przy dworcu i już bez przeszkód wracam „marszrutką” do domu 🙂

Poniedziałek rano melduję się na Przełęczy Krowiarki. Kto wie co jest dzisiejszym celem? Dość wredna górka słynna z ostatnich odmrożeń ludzi, którzy postanowili ją zrobić bez ubrania 🙂 Kiedyś wyszedłem na Diablaka rano przy pięknej pogodzie aby po dwóch godzinach marszu nadziać się na śnieżycę stulecia! Babia Góra jak sama nazwa wskazuje jest nieprzewidywalna pogodowo i warto się na to przygotować, lekceważenie tego faktu często kończy się fuckupem, nawet w lato. Diablaczka robiłem na różne sposoby, jednak najlepiej jest zaatakować go ze wspomnianej przełęczy i poruszać się czerwonym szlakiem aż do szczytu aby później zejść z powrotem niebieskim . Po drodze mamy fajne schronisko zwane Markowe Szczawiny z kapitalną szarlotką i dobrym piwkiem. Parking kosztuje różnie, ja jedno z aut mam na rejestracji z powiatu tatrzańskiego,  więc płacę jak lokalers 😉 Generalnie polecam raczki na Babiej bowiem widok zjeżdżających na dupie „dżinsiarzy” jak to określa pewną grupę turystów mój kolega bywa zabawny.

Wtorek przerwa, cały dzień spotkania, dużo tłumaczeń, projekty międzynarodowe mają to do siebie, że na styku wielu języków najłatwiej dogadać się po angielsku. Co ciekawe w kartoflanej jest sporo speców IT programujących, którzy poza dokumentację techniczną nie są w stanie się dogadać. Słynny programista 15k + to często sprytny chłopak ze skillem, ale bez wykształcenia i oklepania.  🙂

Środa rano zrywam się o 5:30. Nie mogę spać, starość puka do mych drzwi coraz mocniej. Muszę zepchnąć parę rzeczy ale po głowie od wczoraj chodzi mi Pilsko! Szybko sprawdzam Mapy.cz i widzę, że najszybciej dostanę się do Korbielowej przez…Słowację. Odbieram jeszcze sprzęt IT z serwisu i walę pełnym gazem w stronę przejścia granicznego między Jabłonką a słowackim miasteczkiem Bobrov. Dojeżdżam na miejsce, zakaz ruchu! Lokalersi jednak jadą omijając barierki, więc pchany efektem stadnym robię to samo. Dopiero po kilku kilometrach dochodzi do mnie, że nie mam żadnych papierów do auta a ze słowacką policją mam jak najgorsze wspomnienia, jadę więc przepisowo, pod drodze widzę gruchę na lokalnych blachach więc jednak jakiś ruch lokalny się odbywa. Docieram bez przeszkód z duszą na ramieniu do Korbielowa, na granicy śpią jedynie chłopaki ze służby celnej, więc mijam ich i jestem znów w Polsce 🙂 Znów się udało! Porzucam auto w pobliżu szlaku i ruszam w górę. Powyżej 1400 metrów sporo śniegu, zapadam się po kolana ale cel to świętość. Docieram na górę, przechodzę na słowacką stronę i ze zdumieniem stwierdzam, że na Pilsku ktoś wywiesił polską flagę 😉 Górę znam ale zawsze dostawałem się na szczyt wyciągiem, pierwszy raz robię to z buta. Widoki ze szczytu po prostu boskie, widać całe Tatry, Babią a nawet Jezioro Międzybrodzkie. Spotykam kilku Słowaków, ahoj, ahoj 😉 Zejście na dół, zaglądam do schroniska na Hali Miziowej gdzie ładuję tłustego schabowego (wege ciągle przede mną), ruszam w dół, chwilę leżę na rozgrzanych słońcem ławach dolnej stacji wyciągu, wsiadam w samochód i ruszam tym razem polską stroną do domu.

« z 2 »

No to chyba na tyle. I tak za bardzo się rozpisałem, pozdrawiam serdecznie jak zwykle kliku, nielicznych czytelników.

Aha, nutka na koniec. 🙂

Artur