Winyle z Biedry :)

Od jakiegoś czasu Biedra wrzuca reedycje płyt winylowych do swojej oferty. Skuszony dość ciekawą cenowo propozycją postanowiłem już jakiś czas temu rozszerzyć swoją kolekcję czarnych krążków. W przypadku „owada” trzeba być ostrożnym bowiem trafiają się wydania naprawdę dobrej jakości tłoczone z oryginalnych, studyjnych surówek jak choćby Disintegration The Cure, jak również zupełnie pozbawione dynamiki i analogowego życia krążki typu Appetite for Destruction by Gun’s n' Roses – profanacja! Nie miałem bardzo czasu ostatnio na wycieczki po sklepach a zależało mi szczególnie na dwóch płytach, Savage – The Hits oraz Lana Del Ray – Born to Die. Podjechałem sobie do Miasteczka w podróży na południe posiedzieć trochę w cieniu starych drzew i księżyca zawieszonego tuż nad nimi i zauważyłem, że w miejscu gdzie kiedyś niedaleko był przejazd kolejowy z Siekierezady Stachury otworzyli Stonkę. 🙂 Wbiłem bez przekonania a tu bach! W mieście będącym kolebką polskiej płyty winylowej mieszkańcy nie wykupili prawie wcale nakładu zostawiając chyba właśnie dla mnie wspomniane wyżej wydania. Do kompletu dokupiłem również kompilację nagrań Ennio Morricone zatytułowaną 60 Years of Music.

Wystartujmy może od kultowego Savage? Dla mnie to czasy radia, Bogdana Fabiańskiego i palców spoczywających na przyciskach miękkiej mechaniki magnetofonu w pogotowiu, aby w odpowiednim momencie zacząć zapis nagrywając jedynie utwory a nie głos prezentera. Zresztą dostęp do muzyki w czasach, które opisuję był bardzo trudny, nieliczne nośniki czy to kaset czy płyt trafiały za żelazną kurtynę dość rzadko a na wolumenie (taki bazar w Wawie) w miarę nowa płyta potrafiła kosztować tyle co np miesięczne uposażenie. Podwójny kurs waluty doprowadzał do takich cyrków,że ludzie potrafili mieć kilkunastokrotne przebicie na tego typu gadżetach – wystarczył tylko paszport i chęci. 😉 Żartuję – paszportu wtedy się nie posiadało, można go było uzyskać na konkretny wyjazd i po powrocie należało go zwrócić do odpowiedniej komendy milicji obywatelskiej. Jak łatwo się domyśleć handlem zajmowali się ludzie albo ustosunkowani we władzach PRL albo współpracujący ze służbami. Tak czy inaczej dzięki temu, że mój ś.p. Ojciec uciekł miesiąc przed stanem wojennym na zachód miałem nieco ułatwiony dostęp tak do muzyki jak i gum do żucia 😉 Nie trwało to długo ale na tyle, że zaszczepiło we mnie zamiłowanie do dźwięków, które docierają do mnie z siła nadwrażliwca. Jeden utwór potrafi natychmiast przywołać całe spektrum wspomnień wraz z obrazem, dźwiękiem i zapachem – piękna sprawa, polecam. 🙂 Szybko odkryłem, że świat marzeń prezentuje się często znacznie lepiej niż ten realny, więc całymi wieczorami zatapiałem się w dźwięki muzyki siedząc w starym fotelu z egzotycznymi dość słuchawkami marki Alba 😛 na uszach. Właśnie Savage i Fancy to byli dwaj wykonawcy, których trzeba było mieć na nośnikach jeśli organizowało się dyskoteki w szkole. Już to kiedyś opisywałem chyba, kolega miał piecyk od gitary i kolorofon a ja magnetofon, w ten sposób zostawaliśmy DJ-ami po godzinach a wtedy bycie DJ-em to było coś. Wywiady, autografy, setki kobiet itp. LOL

Zacznijmy od tego, że strona A płyty The Hits Savage przemawia do mnie mocniej niż B, gdzie zawarto zremiksowane wersje hitów takich jak „I Just Die in Your Arms”, „Don’t You Want Me” czy „I’m Loosing You”. Na stronie A mamy za to doskonale zremasterowane, ociekające analogową dynamiką i smakiem lat osiemdziesiątych utwory takie jak „Don’t Cry Tonight”, „Only You” czy „Computerized Love”. Jako żywo wracają obrazy z kanapy starego Garbusa mknącego do Miasteczka pod rozłożystymi ramionami ogromnych drzew, których wielkie gałęzie ukrywają i pokazują słońce radośnie tańczące na czystym, błękitnym niebie. 🙂

Lana Del Rey również jest w znakomicie wydanej wersji, to już znacznie dalsza historia niż lata 80te, nie mniej jednak jestem w szoku, że będąc de facto „bananową” kobietą można miast ciąć kupony od zwycięstwa w loterii genetycznej a także pieniędzy tatusia, zająć się tworzeniem dość zaangażowanych tekstowo i muzycznie numerów. Co prawda nie ma w tej kompilacji mojego absolutnego numeru jeden, czyli „Dum Dum ver.3”, który nawiasem mówiąc ciężko znaleźć w odpowiedniej wersji nawet w sieci (Once You had something, something so beautiful, you’ll never be the same…) ani boskiego Drive w rozszerzonej wersji ale mamy za to „Born to Die”, Video Games”, „Off to the Races”, „Carmen”, „National Anthem” czy „Dark Paradise”. Płyta jest zrealizowana bardzo dobrze, podobnie jak w przypadku Savage nie ma absolutnie żadnego problemu z wbiciem się w odpowiedni klimat, bas jest soczysty ale nie przesadzony, soprany wysokie ale nie syczące – naprawdę dobre wydanie. Rozkładana okładka zawiera wkładkę z tytułami i tekstami utworów oraz dwie czarne płyty w stylizowanych okładkach.

Najmniej oczarował mnie Enio Morricone co naprawdę jest zaskakujące bowiem wszyscy wiemy, że był on znakomitym kompozytorem! Na płycie niestety nie spotkamy utworu Malena, do której klip zawiera sceny z tytułowego filmu z boską Moniką Bellucci ale mamy za to „Once Upone a Time in America”, „Chi Mai”, „Death Theme” czy „Falls”. Niestety płyta nagrana jest zaledwie poprawnie, naprawdę to czuć jeśli tylko do odsłuchu użyje się zamiast współczesnych piszczałek zacnego sprzętu z epoki, kiedy jeszcze nikt nie oszczędzał na komponentach a w firmach produkujących audio rządzili akustycy a nie księgowi.

To chyba na tyle?

Wracam do świata marzeń i wyobraźni.

Wesołych Świąt!

Artur