Jak przywiązać do siebie drugiego człowieka?

Przede wszystkim chcę zaznaczyć, że jestem praktykiem a nie teoretykiem jakich wielu w sieci. Mój najdłuższy związek z kobietą trwał 15 lat. Jeśli ktoś myśli, że to mało to znaczy, że albo kompletnie nie zna realiów współczesności albo jest klasycznym normikiem, którego codzienność uwiera ale trwa w czymś co go boli bo tak trzeba. Nie wierzcie w relacje od liceum do śmierci bo są to układy podszyte ogromnym poświęceniem ze strony obu partnerów. To co widać na zewnątrz do goowno posypane lukrem, bo tak trzeba, bo wiara, bo co ludzie powiedzą, bo przysięgałam i tak dalej. Najbardziej denerwujące jest to, że ludzie kochają iluzję i cenią bardziej kogoś, kto sprzedaje im słodkie kłamstewka niż ciepłą rzeczywistość. Nie! Nie powiem Ci, że będę z Tobą aż do śmierci, nie obiecam Ci niczego, nie będę opowiadał bajek – po prostu, na dziś chcę być z Tobą, jest mi dobrze, wierzę, że to potrwa jak najdłużej bowiem kocham ludzi i myślę, że w gruncie rzeczy jesteśmy stworzeni do miłości a nie walki, ale nigdy nie będę hipokrytą. Nie zakładam, że to padnie ale też nie planuję jak długo potrwa. Jak możesz obiecać komuś dozgonną miłość, skoro zmieniamy się miesiąc po miesiącu, rok po roku, dekada po dekadzie? Nie opuszczę Cię aż do śmierci to albo kłamstwo podszyte strachem przed utratą źródła przyjemności, bądź też wyrachowana kalkulacja, w ostateczności niewiedza i podejście typu jakoś to będzie.

Czytaj dalej Jak przywiązać do siebie drugiego człowieka?

Kamyczek do ogródka determinizmu.

Jakiś czas temu przedstawiłem dowody na to, że wolna wola w potocznym znaczeniu nie istnieje. Decyzje, które uważamy za własne powstają w naszych mózgach na milisekundy przed tym, gdy zostaną „wyświetlone” na „tablicy” świadomości jako własne. Od jakiegoś czasu bardzo mocno skłaniam się ku tezie, że życie/nasza percepcja tegoż toczy się niejako dwutorowo. Pierwszy nurt obejmuje zdeterminowany doszczętnie, bądź prawie doszczętnie „konstrukt”, w którym egzystujemy fizycznie oraz jaźń, która pełni rolę „obserwatora” rzeczywistości, który pod płaszczykiem samostanowienia odgrywa rolę aktora, reżysera i widza w jednej osobie. Sceną oczywiście jest to co dociera do naszych zmysłów, czyli głównie przeszłość. Dla homo sapiens „teraz” nie istnieje, bowiem zanim nasz mózg przetworzy bodźce docierające doń z otoczenia „qualia”, która ze nie odpowiada staje się z ludzkiego punktu widzenia przeszłością. Czy możemy zatem rozpatrywać siebie jako coś więcej niż bioroboty? Być może, a przynajmniej do czasu rozwikłania w zasadzie jedynej frapującej mnie zagadki związanej z naszą egzystencją na Ziemi. Mianowicie? Dlaczego ja to ja, a Ty to Ty? Reszta jest imho mało interesująca…Czemu zatem wracam do tematu 2x+y=10? Zapraszam do lektury!

Czytaj dalej Kamyczek do ogródka determinizmu.

Mniejsze niebo.

Kiedy wpiszecie w wyszukiwarkę „mniejsze niebo” to pierwszy link przeniesie Was najprawdopodobniej do Wikipedii zawierającej opis znakomitego filmu w reżyserii Janusza Morgensterna, z życiową moim zdaniem rolą Romana Wilhelmi, drugi zaś link na liście przekieruje do mojego bloga. To oczywiście zupełny przypadek. 😉 Fabułę filmu można bez problemu znaleźć w sieci, choćby na Filmweb-ie więc nie będę się tu o niej rozpisywał, nie mniej jednak treść scenariusza oparta o powieść Johna Wayn’a mocno wiąże się z tematem, który chciałbym w niniejszym wpisie poruszyć. Zacznijmy może cytatem, słowami człowieka „sukcesu”, który wspiął się na sam szczyt lemingowej piramidy po to tylko, aby odkryć prawdę o życiu a następnie umrzeć.

„Im bardziej dojrzewamy, tym bardziej mądrzejemy i stopniowo zaczynamy rozumieć, że zegarek, który kosztuje 30$ i zegarek, który kosztuje 300$, pokazuje ten sam czas.”

Steve Jobs Czytaj dalej Mniejsze niebo.

Krzyk ciszy.

Zaskoczyło mnie ostatnio kilka maili, co prawda z fejkowych kont, ale zawsze. Przebija w nich jeden wątek – dlaczego milczysz!? Prawdę mówiąc nie sądziłem, że poza dwoma, trzema osobami ktokolwiek tu zagląda! To miejsce to takie poletko buraków o którym wspominał nieodżałowany Zdzisław Beksiński, miejsce na wyrzucenie leków, frustracji, niezgody na to co mnie otacza. Gdybym potrafił malować jak mistrz, lub choćby wczuwać się emocjonalnie w to co robię na poziomie Tomka Beksińskiego to pewnie moje akty hiperkompensacyjne związanie z pojęciem całościowym świata,  w którym przychodzi nam egzystować znalazłyby ujście w postaci obrazów, które większość tłuszczy określałaby jako straszne, bądź w audycjach radiowych, podczas których dokonywałbym sepuku płacząc po kolejnym rozstaniu z dziewczyną. Na moje szczęście, nieszczęście zdeterminowana ścieżka życiowa spowodowała, że moja osobowość jest mieszanką delikatności, finezji, romantycznej natury z bezwzględnością terminatora. Sam nie wiem gdzie przebiega owa granica, często nie potrafię jej zdefiniować póki fala wściekłości bądź empatii zaleje moje trzewia, nie mniej jednak chciałbym być swoim przyjacielem w czasach gdy kocham i nie chciałbym być swoim wrogiem wtedy, gdy nienawidzę. Potrafię czekać latami na wendetę, niczym Żebrowski w psach…nawet za kilka lat, ale sprawiedliwość ich dopadnie. 🙂 Cóż? Nikt nie wybiera roli, którą przyjdzie mu odegrać w czymś, co ludzie zwą życiem. Ostatnio nawiązałem dość ciekawą dyskusję z pewnym człowiekiem Czytaj dalej Krzyk ciszy.