Biust w Stocklalm.

Time Runs Out dzień osiemnasty.
 
5:30. Viva At budzi nas fajną muzyką, za oknem ciemno, wszyscy śpią, poza ratrakiem, który niczym wielki żuk wspina się i schodzi z pobliskiego stoku świecąc szperaczem po oknach. Zobowiązałem się po pijaku, że zrobię śniadanie, a że u mnie słowo rzecz święta, to nastawiam czajnik, rozlewam herbatę do ośmiu kubków. Kroję ogórki, pomidory, cebulkę, troszkę oliwek i oliwy, sałatka gotowa. Odkrywam jakiś sprzęt do tostów kiedy zjawia się pierwsza niewiasta i natychmiast wytrąca mi narzędzia zbrodni z ręki. Teraz wszystko nabiera tempa, stoliczku nakryj się, nabiera nowej jakości. Tak czy owak, wszyscy siedzą i konsumują pół godziny później. Szybka zbiórka, pierwsza część ekipy wyrusza punkt ósma trzydzieści a druga o 9tej. Jak zwykle pakujemy się w gondolę i teleportujemy się na Kohlmaiskpf położony na wysokości 1794 metrów. Dziś naszym celem jest Legoland, to znaczy tak naprawdę region narciarski nazywany Leogang ale w naszej terminologii już został przechrzczony. 😉
 
Wraz z otwarciem drzwi kolejki uderza nas w twarze wiatr, ale też świetna gra słońca, które bawi się w ciuciubabkę z chmurami raz podświetlając a raz kryjąc okoliczne szczyty. Szczęk dopinanych klamer, kilka fotek i ruszamy do Legolandu 😉 Jedzie się świetnie, stok jest dobrze przygotowany, mija kilka chwil i pakujemy się na podgrzewaną kanapę, która wynosi nas na Prundlkopf 1879m a po chwili ruszamy ostro w dół krojąc świeży śnieg krawędziami do kolejnej kanapy, która prowadzi do Wildenkargogel 1910m. Szybka konfrontacja z mapą i ruszamy czerwoną 61 i następnie 62a do kolejnej kanapy, która wyniesie nas na Gr.Asitz 1914m. Znów tak szybko jak się da spadamy w dół kierując się w kierunku Kl. Asitz 1870m, by po chwili dostać się do pośredniego celu naszej eskapady. Dopadamy czerwonej trasy prowadzącej w dół do Legolandu, katujemy sprzęt w promieniach słońca, błyskają krawędzie, śnieg raz po raz stawia błękitną mgiełkę, strzelamy mnóstwo fot w przerwach, chwilę jedziemy synchronicznie śmiejąc się wzajemnie, bo centymetry dzielą nas od wielkiego BUM! 😀 Dojeżdżamy do fajnej knajpy na Stocklalm, gdzie spotykam jedną z kobiet mojego życia. Takie rzeczy się czuje natychmiast, niestety pani dość słabo mówi po angielsku ale stara się poprawiając włosy raz po raz. Odpuszczam z żalem, bo kelnerki, barmanki i hostessy w pracy to mega trudny temat, przypomina mi się natychmiast z Kinga z Katowic 😉 Boże…
 
Wpadamy w kolejną czerwoną trasę i ruszamy w kierunku gondoli, następnie czarną 59tką spadamy na sam dół do dolnej stacji. Słońce operuje wspaniale ukazując zapierający dech w piersiach pobliski masyw górski, strzelamy parę fot i pakujemy się do wagonika, który szybko wynosi nas w górę. Docieramy na szczyt, oddaję pałeczkę kumplowi i…natychmiast gubimy trasę. No problem! Endrofiny buzują, spadamy w dół do stacji pośredniej i instalujemy się w wagoniku do góry. Znów prowadzę i tym razem trzymamy właściwy szlak, warunki są niesamowite, szerokie, dobrze przygotowane nawierzchnie wręcz zachęcają do pałowania na granicy przyczepności, umiejętności i sprzętu! Mija dosłownie chwila, gdy znajdujemy się przy dolnej stacji kolejnej gondoli. Teleportacja do góry i zmykamy do domu. Warunki pogarszają się, opada mgła, przesuwamy się krzesłami w kierunku 68ki, która zaprowadzi nas do Viehhofen. Na chwilę gubimy szlak, by po chwili odnaleźć go we mgle. Ruszamy w dół na ulubiony, bo pusty fragment ośrodka! Brak wyciągów, oraz infrastruktury powoduje, że szlaki są szerokie i puste. Wpadamy na chwilę w puch, gdzie wygłupiamy się jakiś czas testując wyrywanie z wiązadeł i bieg kończący się zaryciem twarzą w śnieg 😉 Docieramy na dół, szybkie zakupy w lokalnym sklepie i już z torbami w ręku wciągamy się „wyrwirączką” do hotelu. Prysznic, piwo, relacja 😉 Dalej…Natura jest wspaniała, dziś przez nią nie zasnę. 😉

Piwo w Bernkogel.

Time Runs Out dzień siedemnasty.
 
Punkt szósta rano budzik w telefonie oznajmia światu ograniczonemu do niewielkiej przestrzeni w Viehhofen, że czas wstać z ciepłych objęć Morfeusza i zacząć szykować sprzęt. Królowa lodu nie ma litości, a jej chłód dający tak wiele emocji zdaje się być czymś tak pociągającym i jednocześnie abstrakcyjnym, że nie wypada się spóźnić. To już trzeci dzień, pierwszego przeszliśmy przez piekło, burze śnieżne, temperatura poniżej -15 stopni oraz zacinający, marznący na kominiarkach śnieg w połączeniu z fatalnymi warunkami śniegowymi owocują skrajnym wyczerpaniem. Stoki pustoszeją, tylko szóstka śmiałków przemyka niczym cienie wśród zawieruchy, raz po raz kładąc się w zakrętach, które zdają się kłaniać pobliskim drzewom. Kryzys przychodzi po kliku godzinach, dziesiątki kilometrów przebytych w tych warunkach robi swoje, mięśnie ud palą niczym stalowy pręt wetknięty w palenisko Hefajstosa, mimo to brniemy dalej. Chyba czas kończyć, zjeżdżamy w dół, kiedy nagle snowboardzista ginie w tumanach śniegu i nie podnosi się. Najbliżsi z paczki rzucają się natychmiast w tamtym kierunku, ale już wiadomo…nie jest dobrze. Złamanie w dwóch miejscach wyklucza go z dalszej eskapady…W zasadzie jazda poza trasą jest tak samo wymagająca jak ta po „przygotowanych” stokach a może nawet bardziej komfortowa, bo te ostatnie wyglądają jak po bombardowaniu lotniczym…
 
Podnoszę się czując wyraźnie każde ścięgno i mięsień nóg, pleców oraz rąk na wysokości ramion. Poprzedniego wieczoru wyczerpująca dyskusja odnośnie kredytowania zakupów samochodów do użytku prywatnego wykończyła mnie dość mocno. Niestety, nie udało nam się dojść do porozumienia, czasem trudno przekazać oczywistą oczywistość, że kredyt ma sens tylko wówczas, jeśli służy inwestycji. Szybka kąpiel, śniadanie, pakujemy sprzęt i ruszamy raźno w dwa samochody do Saalbach, gdzie porzucamy je dokładnie o ósmej trzydzieści. Widoczna w pobliżu gondola mająca wyciągnąć nas w górę ciągle śpi, leniwie bujając się na wietrze.
Oddaję karnet kolegi, który już niestety nie pojeździ z nami, szykuję sprzęt i po chwili raźno ruszamy w kierunku zamkniętej ciągle bramy do wyciągu. Po chwili wszystko rusza, jak zwykle jesteśmy pierwsi do roboty, mknąc z dość dużą prędkością w górę. Oczy rejestrują piękno otaczającej nas przyrody, słońce głaszczące wierzchołki okolicznych wzgórz pieści nasze zmysły, tylko stukające w uszach ciśnienie przypomina, że przenosimy się w szybkim tempie do nieco innej, zimnej i pozornie nieprzyjaznej, ale jednocześnie bardzo pociągającej rzeczywistości. Ostatnie poprawki, stuk dopinanych klamer, hałas suwaków ustępują uniesieniu, kiedy to jak zaczarowani patrzymy na ołowiane niebo, spod którego słońce pozdrawiając nas oświetla przeciwległy masyw górski. Rozdzielamy się, pół ekipy rusza raźno w kierunku Leogang a ja z kolegą w przeciwnym, jak zawsze pod prąd.
 
Jedzie się ciężko, każde większe dociśnięcie narty owocuje natychmiastowym protestem mięśnia uda, bądź łydki w zależności od konfiguracji do tego stopnia, że jedynym marzeniem jest siąść gdzieś w cieple i napić się kawy. Natychmiast jednak pęd powietrza, wrażenie tańca śniegu i tego, co nas otacza w połączeniu z uderzeniami adrenaliny dają kopa do dalszej jazdy. Słońce chowa się i kontrast między śniegiem a linią horyzontu niemal przestaje istnieć, jedzie się bardzo ciężko nie czując zupełnie konfiguracji terenu. Nawet gogle z refleksem niewiele dają, nie mniej jednak nadal przemy w wyznaczonym kierunku. Gondolę Bernkogelbahn osiągamy po paru minutach, idę na chwilę do ściany wypłacając dzięki rudemu and his company euro po 4,74 (koryta raz wywalczonego nie oddamy nigdy), ładujemy się do windy, by po chwili zasiąść na wygodnym siedzisku w górskim akwarium, które mknie z zawrotną prędkością do góry. Szybka kawa, pojawia się słońce i zaczynamy żyć! Szybko mkniemy na dół starając się wycinać ładne esy floresy w tym razem dobrze przygotowanym stoku. Widać ciągle sztruks. Miejsce podoba nam się na tyle, że krążymy na nim w pętli przez kilka godzin wyciskając z siebie i sprzętu, co się da.
 
Obsadzamy kanapę Bernkogel i natychmiast okazuje się, że Goebels miał rację mówiąc, że mając telewizję podbiłby świat. Przypadkowy Niemiec pyta mnie na wyciągu, czy w Polsce to już mamy dyktaturę? Odpowiadam mu hasłem naszych kibiców, żeby lepiej pilnował swoich kobiet a nie naszej demokracji. Nasz szczęście okazuje, się, że facet ma poczucie humoru, zatem gawędzimy sobie do końca „lotu” i żegnamy przybitą piątką rozjeżdżając w przeciwne strony.
 
Po kilku godzinach na stoku zmęczenie daje się we znaki, podejmujemy, zatem decyzję o teleportowaniu się w kierunku naszej bazy w Viehhofen. W planach mamy zjechanie ze stoku wprost do narciarni! 🙂 Okazuje się, że widokowa trasa numer 68 prowadząca lizerą lasu przez wzgórza jest przejezdna, zatem szybko podejmujemy decyzję. Wciągamy się w górę i zjeżdżamy z dół tak szybko jak się da, przemieszczając się konsekwentnie w kierunku obranego celu. Kilka fotek, bo przyroda rozpieszcza dziś wyjątkowo nasze zmysły i już wyjeżdżamy na ostatni odcinek! Drzewa obsypane śniegiem, spore spadki, szeroko i równo – krzyczymy niemal z radości, bo endorfina buzuje. Spotykamy przypadkowego freeridera i obserwujemy miejsce, z którego się pojawił. Oceniamy je, jako bardzo obiecujące – wrócimy tam jutro. Słońce chowa się już za górami dziękując nam za wspólną wędrówkę w czasie kolejnego dnia w tym najlepszym ze światów, trasa zmienia się w ścieżkę, pojawiają się niewielkie przetarcia i minerały, ale są dobrze widoczne, więc mijamy je bez problemu. Dojeżdżamy do niewielkiej wyrwirączki w pobliżu naszej bazy i wciągamy się do góry żartując z okoliczności. Wyglądamy komicznie w kaskach, goglach i mocno spiętych butach wśród uczących się dzieci. Krótki zjazd na drogę dojazdową i po chwili zatrzymujemy się przed narciarnią. Plan zrealizowany w stu procentach. Prysznic, piwo, obróbka wspomnień zatrzymanych w formie zer i jedynek na karcie pamięci. Chyba zagramy dziś w pokera? Zagracie z nami? 😉https://goo.gl/photos/cav4gTbKFsSWxee47