Radiostacje numeryczne.

Pamiętam połowę lat 80tych i pierwszą fascynację radiem. Były to czasy, gdzie w TV były dwa kanały, z których jeden nadawał od 15 do 22 a drugi z przerwami od 7 do 24. Po włączeniu telewizora należało poczekać jakąś minutę, żeby nagrzały się lampy po czym ukazywał się oszałamiający jakością obraz w 576 liniach, oczywiście czarno-biały. Do koloru mieli dostęp nieliczni. Zero internetu, telefony stacjonarne też mało kto posiadał, zresztą dodzwonienie się do kogoś w innym mieście wymagało zamówienia rozmowy u telefonistki, bywało, że na połączenie zwrotne czekało się kilka godzin. Dopiero później wprowadzono automatyczne numery kierunkowe, jednak te ze względu na słabą przepustowość często były zajęte. Mimo to wspominam ten czas dużo lepiej niż obecny, po prostu, żyło się lokalnie a ludzie mieli dla siebie więcej czasu, serdeczności i zrozumienia. Naturalnym zatem było, że oknem na świat dla mojego pokolenia było radio. Niejeden wieczór spędziłem siedząc w półmroku i kręcąc gałką starego, lampowego radia o wdzięcznej nazwie DML-351 starając się złapać jak najodleglejszą rozgłośnię. Był to ostatni, lampowy odbiornik produkowany przez Diorę zapewniający możliwość odbioru stacji w paśmie fal długich, średnich, krótkich i ultrakrótkich. O ile UKF odbierał ze znacznym szumem o tyle stacje nadające w pozostałych pasmach słychać było z charakterystycznym, ciepłym, lampowym brzmieniem. Siedząc przy oknie i patrząc na ciemny, zimowy świat jedyną poświatą na ścianach pokoju generowało podświetlenie skali. Propagacja fal była taka, że można było łapać różne zagraniczne rozgłośnie w tym zakazane Radio Wolna Europa. Ale nie to mnie najbardziej pociągało – najbardziej mroziły mnie dziwne transmisje zawierające stukanie, dzwonienie, powtarzane sekwencyjnie wyrazy. Kojarzyło się to jednoznacznie z przekazem kosmitów a był to czas kiedy dostęp do informacji jak wspomniałem był żaden. Później dowiedziałem się, że te dziwne dźwięki nadawane są do dziś a nadają je tak zwane radiostacje numeryczne.

Czytaj dalej Radiostacje numeryczne.

Droga Krzyżowa. :)

Wakacje czas zacząć, a jak wakacje, to oczywiście rower! Co prawda nie są to już czasy 300 kilometrów w jeden dzień, ale zawsze sobie to tu, to tam podjadę. Złamanie ciągle daje się we znaki i do pełnej wydolności daleko, także wybór tras nie jest zbyt duży. Tak się złożyło, że los znów rzucił mnie w Beskid Żywiecki, co ciekawe, kiedy naprawdę zależało mi, aby poznać bliżej te okolice i ludzi tu żyjących, okazało się, że chcieć to sobie mogę. 🙂 Jak zawsze w życiu – już kiedyś opisywałem ten mechanizm, dostajemy to czego chcemy, kiedy nam już nie zależy, wówczas nagle okazuje się, że coś, co wydawało nam się niebem na ziemi jest zwykłym, przeciętnym kawałkiem codzienności. Ale nie dziś, bowiem okolice, których dotknąłem, przeniknęły mnie do żywego!

Czytaj dalej Droga Krzyżowa. 🙂

Wirujące pedały i Puszcza Kozienicka.

Wczoraj wieczorem krótka piłka – rano atakujemy 100km przez las. Kumpel planuje trasę, mamy polecieć do Królewskich Żródeł, później do Garbatki Letnisko, dalej do miejsca zwanego Okólny Łęg i powrót do Radomia.Budzę się o 8, szybkie pakowanie i zgodnie z umową melduję się na wiosennej ulicy kolegi. Czekamy na trzeciego, ale nie zjawia się. Dokupuję wodę, jest 9:30, próbujemy się dodzwonić do Andrzeja, ale bez skutku. Zapił na bank.  Kopiemy pedały i ruszamy ostro w stronę starego radomskiego kirkutu. Istniał sobie do II wojny światowej, kiedy to nadludzie użyli macew do wzmocnienia budowanej w pobliżu drogi. Można nie lubić ludzi, grup, narodowości, ale nie wolno deptać przeszłości ołtarzy. Jak widać, są ludzie i parapety. Szybka fota przez zamkniętą bramę i ruszamy dalej, mijając moją pierwszą firmę, w której w latach 90tych ubiegłego wieku pracowałem od poniedziałku do soboty od 5 rano do 20 za dwa miliony złotych. 😉

Czytaj dalej Wirujące pedały i Puszcza Kozienicka.