Inflacyjny boczniak.

Po ostatnim rajdzie na krypto walutach doczekaliśmy się solidnej korekty. Przyznam szczerze, że nie wytrzymałem ciśnienia i pozbyłem się skromnych zapasów BTC kupionych dla żartu (to nie żart) dość dawno temu. Niewielki kapitał spekulacyjny nadal jest w grze bowiem dopóki trwa dodruk w US na niespotykaną dotychczas skalę (20% ogólnej bazy monetarnej w dolarach zostało wyemitowane w zeszłym roku), dopóty giełdy w dłuższej perspektywie mogą tylko rosnąć napotykając co jakiś czas na korekty występujące wtedy, gdy jakiś grubas zdecyduje się na realizację zysków. Dochodzi wówczas do przenikania inflacji lądującej na giełdach do realnej gospodarki. Póki to zjawisko nie dotyczy ulicy na dużą skalę (a zaczyna dotyczyć czego jestem przykładem) nie dojdzie do hiperinflacji  na rynkach tradycyjnych, bowiem aby to katastrofalne dla przeciętnego zjadacza chleba zjawisko nastąpiło prócz dodruku musi występować szybkość cyrkulacji pieniądza a tegoż efektu na razie nie ma z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że póki kapitał wygenerowany z dodruku koncentruje się w wąskim gronie rąk i lokowany jest w instrumentach finansowych to szybka cyrkulacja pieniądza na rynkach tradycyjnych nam nie grozi a drugi to…covid, który powoduje, że ludzie chomikują dość duże środki na gorsze czasy. Niestety wraz ze skalą wzrastającej bazy monetarnej praktycznie na całym świecie inflacyjny boczniak będzie pojawiał się coraz częściej na rynkach tradycyjnych początkowo pompując bańki na nieruchomościach (zapomnijcie o spadku cen tychże mimo kryzysu – póki trwa dodruk), metalach, precjozach i dziełach sztuki. W miarę postępu wysypie się na pozostałe dobra windując ceny w kosmos, tym bardziej, że pandemia kiedyś się skończy a ludzie rzucą się na odreagowanie izolacyjnych traum. Wówczas już nikt nie będzie w stanie zapanować nad utratą wartości przez pieniądze. Mam nadzieję, że w finale nie dojdzie do prób rozwiązania tego problemu poprzez pompowanie nastrojów fundamentalnych w biednych warstwach społecznych czy lokalne wojenki. Mam nadzieję…

Czytaj dalej Inflacyjny boczniak.

W poszukiwaniu sensu…

A właściwie Człowiek w poszukiwaniu sensu, książka Viktora Frankla, profesora psychiatrii, byłego więźnia obozów koncentracyjnych została mi polecona przez znajomego. Z dużą rezerwą podchodzę zazwyczaj do tego typu pełnych ochów i achów dzieł, tym bardziej tych które zostały mi polecone. Dzieje się tak z prostej przyczyny – w poznawaniu świata doszedłem do takiego stadium, że już bardzo ciężko mnie czymś zaskoczyć. Nie inaczej było w przypadku tej książki, którą połknąłem w jeden wieczór robiąc jak zwykle obszerne notatki i zakreślając ważne fragmenty. Dlaczego zatem uważam tę pozycję za dość przeciętną? Przede wszystkim dlatego, że proponuje ona racjonalizację jako kluczowy element wychodzenia z pustki emocjonalnej. O ile może to zadziałać w przypadku dość prymitywnych osobników o tyle w odniesieniu do ludzi, którzy mają dość mocno przemyślaną rzeczywistość może być…gwoździem do trumny. Zgadzam się, że lepsze to niż rozbieranie dzieciństwa zgodnie ze schematami Freuda ale my, ludzie XXI wieku oczekujemy od specjalistów jednak czegoś więcej. Oczekujemy nadania sensu jednostce ale nie przez porównanie z innymi, tylko bezwzględnego, uniwersalnego, nie opartego na zabijaniu czasu, rzucaniu się w pracę, wolontariat, czy pomoc innym, tylko po to, aby…nie mieć zbyt dużo wolnego czasu i nie myśleć. To działało w XX wieku i to też ze zgrzytem. Dziś trzeba niestety czegoś więcej, aby nadać sens w bezsensie.

Czytaj dalej W poszukiwaniu sensu…

Kino i książka czynią straszliwe spustoszenie…

Dziś będzie grubo…

Kiedy ludzie słyszą, że Beks upajał się oglądaniem Bondów mają przed oczyma prymitywa, który przedkłada tandetny obraz nad realizm świata, który nas otacza. Żaden z randomowych konsumentów rzeczywistości nie pomyśli, że taka postawa jest efektem kompletnego zrozumienia rzeczywistości oraz świadomego pojęcia bezsensu, braku wpływu na otoczenie, konieczności maszerowania tunelem narzuconym przez bezduszną naturę, wreszcie totalnego unicestwienia, które w finale stanie się udziałem każdego z nas. To wszystko trwa do czasu….Spotkałem wczoraj znajomego, który swego czasu fiskalizował mi firmę. Chłop zawsze był chudy jak patyk, ale to co ujrzałem pod cmentarzem (byłem odwiedzić bliskich) przeraziło mnie do cna. Muzułmanin z Oświęcimia.  Co się stało, pytam? A zmarła Grażyna, zostałem z dziećmi sam. Pierwszy raz poczułem oddech śmierci…Okej a rodzice żyją? No żyją, nikt mi nie umarł jeszcze….No to masz farta chłopie, bo ja poza dziećmi pochowałem już wszystkich. Dopiero teraz możesz poczuć namiastkę tego co ja czułem i czuję. Dziś jestem kawałkiem tępej skały, w której pali się gdzieś w głębi mała, czerwona, pulsująca lampka przypominająca od czasu do czasu kim byłem gdy pierwszy raz ujrzałem zniewalające piękno tego świata.

Czytaj dalej Kino i książka czynią straszliwe spustoszenie…

Razem ale osobno na zawsze.

Chyba każdy z nas ma kogoś takiego z kim wiąże go silne, trudno klasyfikowalne uczucie. Kobiety pewnie powiedzą, że nie wiedzą co, ale coś ich ciągnie do mężczyzny, my się nad tym raczej rzadko zastanawiamy w myśl zasady, że trzeba działać a nie myśleć. Czy można tak przeżyć całe życie wypełniając je splątanym kwantowo kontaktem z drugą osobą będącą z różnych powodów w oddaleniu? Można! I nie mam na myśli tu jakiegoś banalnego związku na odległość tylko sytuację, gdy ludzie są od siebie na wyciągnięcie ręki a mimo to coś staje im bez przerwy na przeszkodzie.
Czytaj dalej Razem ale osobno na zawsze.