Napędzanie przez porównanie.

Każdy człowiek potrzebuje napędu do działania. Większość z nas przynajmniej do pewnego momentu funkcjonuje na bazie etapów, czyli zakładamy sobie scenariusze, które później z lepszym lub gorszym skutkiem próbujemy realizować. Najbardziej prymitywną formą motywacji ale też najpowszechniejszą jest napędzanie przez porównanie. Ogarnij się, zmień pracę, zrób biznes, będzie ci się powodzić lepiej – kto nie słyszał takich rad będąc w czarnej doopie? Przyznam szczerze, że na mnie ten schemat działał do mniej więcej trzydziestki, wtedy to zatracając się w wyścigu szczurów zacząłem powoli dochodzić do wniosku, że ta droga prowadzi do nikąd bowiem po pierwsze zawsze znajdzie się ktoś stanowiący wyzwanie czy to materialnie, czy pod względem ilości i jakości mięśni a także kalibru posiadanej w danej chwili kobiety ale także stopa zwrotu z takiej inwestycji (czas, stres, zasoby) jest zazwyczaj wysoko niesatysfakcjonująca, no bo skoro już tyrasz na tej siłowni po parę godzin, masz osiągnięcia w stanie konta, gadanę i szacunek to chciałbyś się obracać w towarzystwie kobiecej, fizycznej dziesiątki a tymczasem ona nie jest zainteresowana właścicielem czeskiej trzystu konnej limuzyny tylko torebkami za dwa klocki, które leżą na ulicy w krajach Zatoki Perskiej a także właścicielem firmy produkującej drony służące do zabijania ludzi – oczywiście wytłumaczy sobie, że typ ma stresującą pracę więc musi się relaksować chodząc na dziwki, podczas gdy ty miałeś ciosane kołki na głowie wychodząc z kolegami na drinka . 🙂

Coraz częściej zaczynasz się zastanawiać co tu poszło nie tak?

Zacznijmy może od tego, że to nie jest obraz całego świata, jest to raczej lustro widzenia rzeczywistości przez chłopaka wychowanego na dzielnicy ala Szmulki, gdzie ten kto ma skórę, furę, komórę jest przedstawicielem świata sukcesu. Z taką optyką człowiek nie zauważa innych możliwości koncentrując się na próbach wspięcia na stosunkowo niskie pułapy w piramidzie potrzeb wierząc, że tam czeka na niego rydwan zwycięzcy i puchar mistrza świata przyznany za zajęcie pierwszego miejsca. Tymczasem pierwsze zonk pojawia się w chwili, gdy zdajesz sobie sprawę z faktu, że konsumpcyjny styl życia przyciąga do ciebie określonych ludzi, tak samo prymitywnych w pojmowaniu świata jak ty. I wówczas następuje szok, no bo jak to? Ona woli producenta dronów z Turcji a nie mnie posiadacza apartamentu w Sea Towers i nowego BMW M4 w leasingu? No raczej jak to mawiają karyny – co zasiałeś to zbierasz. Na tym poziomie mentalnym (dresowym powiedzmy sobie szczerze) nie ma uczuć wyższych, refleksji nad życiem, litości czy poczucia przywiązania do drugiego człowieka, jest jedynie…chłodna kalkulacja. Zdziwiony? 😉

Promil ludzi potrafi połączyć gromadzenie zasobów z wykonywaniem tego co naprawdę lubi. Wszyscy mamy znajomych, którzy to potrafią, ale można ich policzyć na palcach jednej ręki. Sam napęd do gromadzenia zasobów też potrafi być afrodyzjakiem samym w sobie ale niebezpiecznym bowiem często przeradza się w obsesję, gdzie jedynym celem życia jest więcej, mocniej, szybciej. Niestety jest to jedyna pewna ścieżka dająca satysfakcję z życia mimo jego codzienności i prozy, która dotyka każdego. Jeśli jednak nie robisz tego co kochasz na co dzień a jakoś żyć musisz, to ścieżka napędzania przez porównanie jest najgorszą z możliwych, bowiem wcześniej czy później wyrzuci Cię na kozetce u psychologa. Ja się obudziłem w pewnej chwili, co prawda wymagało to osiągnięcia pewnego poziomu niezależności i bezpieczeństwa finansowego ale mimo to uważam to za swój życiowy sukces numer jeden. Jaka recepta? Minimalizm! Tak! Samodzielny montaż starego radia w Mercedesie W123 z epoki potrafi dać tyle samo radości co przejażdżka nowym Macanem z Bose audio. Obie te chwile uniesienia trwają krótko bowiem natura wymaga od nas ciągłego życia na okrętce emocjonalnej ale za to kosztują niewspółmiernie.

Nauczenie się dostrzegania radości w drobnych chwilach nie przyszło mi łatwo, zazwyczaj spotykałem się z kobietami znacznie młodszymi od siebie, które w pewnym sensie stanowiły trofeum i potwierdzenie mojego „sukcesu” natomiast kiedyś przez krótko udało mi się nawiązać nić porozumienia z panią niewiele ode mnie młodszą i to ona właśnie nauczyła mnie tego, że kluczem do szczęścia w świecie konsumpcji jest minimalizm. 🙂 Nie wiem co teraz robi, może dalej urządza sobie przejażdżki starym Garbusem po Trypolisie ale ślad który zostawiła w mojej jaźni będzie towarzyszył mi już do końca.

Ostatnio milczę, nieco uciekam od ociekającego komercją świata starając się wyizolować bowiem bombardowanie własnych zmysłów sieczką medialną jaką karmi nas internet czy telewizja nie wpływa zbyt dobrze na percepcję rzeczywistości. Ciągle nie mogę się zdecydować na kompletne usunięcie z sieci bowiem swoista atrapa bliskości z ludźmi realizowana w ten sposób daje mi pewną satysfakcję. Wiem, że jest ona toksyczna, tak jak kolejna butelka dla alkoholika więc wierzę, że w końcu skasuję wszystko raz na zawsze i resztę danego mi czasu spędzę na konsumpcji realnego piękna tego świata.

Pozdrawiam jesiennie 😉

Artur