W poszukiwaniu sensu…

A właściwie Człowiek w poszukiwaniu sensu, książka Viktora Frankla, profesora psychiatrii, byłego więźnia obozów koncentracyjnych została mi polecona przez znajomego. Z dużą rezerwą podchodzę zazwyczaj do tego typu pełnych ochów i achów dzieł, tym bardziej tych które zostały mi polecone. Dzieje się tak z prostej przyczyny – w poznawaniu świata doszedłem do takiego stadium, że już bardzo ciężko mnie czymś zaskoczyć. Nie inaczej było w przypadku tej książki, którą połknąłem w jeden wieczór robiąc jak zwykle obszerne notatki i zakreślając ważne fragmenty. Dlaczego zatem uważam tę pozycję za dość przeciętną? Przede wszystkim dlatego, że proponuje ona racjonalizację jako kluczowy element wychodzenia z pustki emocjonalnej. O ile może to zadziałać w przypadku dość prymitywnych osobników o tyle w odniesieniu do ludzi, którzy mają dość mocno przemyślaną rzeczywistość może być…gwoździem do trumny. Zgadzam się, że lepsze to niż rozbieranie dzieciństwa zgodnie ze schematami Freuda ale my, ludzie XXI wieku oczekujemy od specjalistów jednak czegoś więcej. Oczekujemy nadania sensu jednostce ale nie przez porównanie z innymi, tylko bezwzględnego, uniwersalnego, nie opartego na zabijaniu czasu, rzucaniu się w pracę, wolontariat, czy pomoc innym, tylko po to, aby…nie mieć zbyt dużo wolnego czasu i nie myśleć. To działało w XX wieku i to też ze zgrzytem. Dziś trzeba niestety czegoś więcej, aby nadać sens w bezsensie.

Nie wiem czy zacząć od tego co wartościowe w tej książce, czy skupić się na dwóch płaszczyznach, które moim zdaniem nadal są aktualne? Zacznijmy może od tego,że literatura obozowa nie robi na mnie wrażenia. Nie dlatego, że jestem wyprany z emocji czy też empatii ale dlatego, że większość tego typu książek przeczytałem w fazie dorastania więc jestem w stanie wyobrazić sobie piekło i horror, który stał się udziałem ludzi, którzy musieli przez to przejść. Zgadzam się również z tezą profesora Frankla, która może wydać się kontrowersyjna, ale tak właśnie jest:

Najbardziej wartościowi (z ludzkiego punktu widzenia – mój przypis) ludzie zostali za drutami obozów na zawsze.

Przetrwali ci najlepiej dostosowani, do których należał autor omawianej książki. Czy to źle? Nie, ja nie oceniam – na zimno stwierdzam pewien fakt, który zresztą jest zgodny z tezą autora. Część I książki opisująca życie za drutami pozwala średnio zaawansowanym w odkrywaniu realnej a nie „rysowanej” przez ludzi rzeczywistości prześledzić jak reaguje ludzki organizm doprowadzony do stanu zerowego w piramidzie potrzeb. Oczywiście jasnym jest, że umierając na zawał wielu z nas nawraca się na wiarę, ale cóż warta jest owa wiara wywołana strachem przed zapaścią, bólem i nieznanym? Gdybym ja był bogiem podpaliłbym się ze wstydu aby umrzeć w męczarniach za to na co skazałem swój produkt, czyli ludzi. Może byłaby to wystarczająca pokuta, może nie? Większe cierpienie własne nie przychodzi mi tu do głowy jako zadośćuczynienie za kompletne spierdolenie własnego projektu.

Zarzut numer jeden!

Profesor Frankl w kilku miejscach proponuje racjonalizowanie rzeczywistości poprzez porównanie na zasadzie, że zawsze znajdzie się ktoś kto ma gorzej! Czy może być bardziej podła narracja ze strony świadomego człowieka? Moim zdaniem NIE. Jestem w stanie usprawiedliwić profesora bowiem wywołanie w człowieku będącym w stanie ostatecznym, na chwilę przed odebraniem sobie życia, czy też w ekstremalnie złym położeniu takich emocji może powstrzymać go przed ostatecznym krokiem, jednak nasuwa się pytanie? Co dalej? Przepraszam, ale dla mnie jest to ekstremalnie prymitywna argumentacja post factum bowiem poprosimy o sens życia ale…

Z punktu widzenia jednostki!

I znów autor odwołuje się do najbardziej prymitywnych mechanizmów czyli zorganizowania sobie czasu w ten sposób, aby nie było czasu na myślenie. 🙂 Czyli znajdź sobie backup, pasję, zajęcie, które oderwie cię od myślenia nad globalnym celem tego dlaczego egzystujesz? Prawda, że śmieszne? Dla mnie wręcz dziecinne, ale właśnie tego typu mechanizmy często sprawdzają się w stadzie, szczególnie wówczas jeśli człowiek dotknięty na przykład depresją ma jedynie ogólną wiedzę o świecie.

Zarzut numer dwa!

Musisz w coś uwierzyć a nawet jeśli nie wierzysz to musisz sobie to stworzyć. 🙂 Przy całym szacunku dla Pana profesora (wyłącznie dlatego, że życie doświadczyło go mocno) ale to jest ekstremalnie prymitywny mechanizm. Nie mniej jednak muszę przyznać, że działa on wobec większości homo sapiens, bowiem większość wierzy w coś co zostało im genetycznie i behawioralnie zaprogramowane a jakakolwiek ingerencja w ten proces polegająca na logicznym wyjaśnieniu niespójności takiego myślenia kończy się atakiem i odwetem, najczęściej w postaci agresji.

Zarzut numer trzy!

WTF? Panie Frankl! Szantaż emocjonalny? Serio Pan chciał w ten sposób przekonać kogokolwiek do znalezienia sensu????

Okej, zatem przejdźmy do tego co się sprawdza na dość mocnym etapie samorozwoju! Bowiem książka ta nie jest jedynie zbiorem prymitywnych porad w zakresie poznawania siebie ale można tam również znaleźć dwa nadal aktualne elementy!

Wzmocnienie poznawcze!

Ten skoorwiały ze wszech miar świat jest tak zbudowany, że im bardziej czegoś pożądasz tym masz mniejszą szansę na osiągniecie celu. Jeśli koncentrujesz się na efekcie a nie na drodze prowadzącej doń czeka cię mnóstwo rozczarowań. Innymi słowy ideę „miej wyjebane a będzie ci dane” profesor ubiera w akademickie wyrazy. I tak, jeśli masz jakiś syndrom, na przykład boisz się zagadać do pięknej dziewczyny czując strach przed ośmieszeniem się musisz sobie przestawić myślenie na zasadzie –  zrobię z siebie kompletnego debila w ramach przekory, jednocześnie nie licząc zupełnie na efekt końcowy. Jeśli uwierzysz w swoją misję z takim podejściem gwarantuję ci drogi przyjacielu, że jeszcze dziś zaznasz rozkoszy.  😀 Profesor Frankl opisuje ten mechanizm na przykładzie człowieka, który w kontaktach międzyludzkich doznaje nadmiernego pocenia się. Jeśli w takim wypadku skoncentrujesz się na tym, żeby się nie pocić porażkę masz w kieszeni, natomiast jeśli przekonasz własną jaźń, że masz w doopie ile wody się z ciebie wyleje to sukces masz w kieszeni. Czyż nie iście chory schemat? Ważne, że działa – potwierdziłem go wielokrotnie wchodząc w bliskie interakcje z kobietami, które nie grają w mojej lidze pod względem SMV.

Druga prawda, która NIGDY się nie zdematerializuje ale na obecność której nie masz wpływu.

Czyż muszę tłumaczyć ten screen? Błogosławieni ci, którym natura dała warunki do tego, aby inni w nich się zakochiwali. Pamiętajmy, że większość relacji to proteza, gra, teatr, oparty o ludzkie wyobrażenia a nie rzeczywiste pożądanie. Uwierzcie mi, że nie chcecie nabyć umiejętności rozróżniania jakim rodzajem jest uczucie, którym ktoś was darzy. To straszne i niebezpieczne bo nawet wówczas, gdy ponad wszelką wątpliwość zrozumiecie, że to nie jest TO za żadną cenę nie będziecie chcieli z niego zrezygnować.

Czy polecam książkę? Tak, ale wyłącznie dla tych, którzy nie zaszli zbyt daleko w rozumieniu rzeczywistości, dla innych będzie to wyłącznie powtórzenie znanych prawd, które w żaden sposób nie uławiają życia.

Pozdrawiam tym razem ciepło i z uczuciem.

Artur

PS: Wszystkich jest mi żal, bo wszyscy jesteśmy w czarnej doopie.