Razem ale osobno na zawsze.

Chyba każdy z nas ma kogoś takiego z kim wiąże go silne, trudno klasyfikowalne uczucie. Kobiety pewnie powiedzą, że nie wiedzą co, ale coś ich ciągnie do mężczyzny, my się nad tym raczej rzadko zastanawiamy w myśl zasady, że trzeba działać a nie myśleć. Czy można tak przeżyć całe życie wypełniając je splątanym kwantowo kontaktem z drugą osobą będącą z różnych powodów w oddaleniu? Można! I nie mam na myśli tu jakiegoś banalnego związku na odległość tylko sytuację, gdy ludzie są od siebie na wyciągnięcie ręki a mimo to coś staje im bez przerwy na przeszkodzie.

Kiedy 17 stycznia 1976 roku Adam Pawlikowski wbiegł do klatki schodowej bloku przy Nowogrodzkiej 76 w Warszawie, mijająca go na schodach sąsiadka, której w pośpiechu ukłonił się żartując srogo,  nie spodziewała się, że widzi go po raz ostatni. Chwilę później otwarte okno na ósmym piętrze oraz głuchy huk uderzającego o dach pobliskiego sklepu ciała zakończyły bujne i ciekawe życie jednego z bardziej tajemniczych aktorów powojennego pokolenia. Nikt nie spodziewał się, tego co się stało. Nawet bliski przyjaciel Pawlikowskiego tak wspominał wiadomość o śmierci aktora:

„Zostałeś na wieki w moim sercu.  Ps: gdzie położyłeś kluczyk od kłódki od roweru bo nawet w kuchni sprawdzałem i nie ma…?”

Fakty są takie, że Adam Pawlikowski był dość skomplikowanym człowiekiem, którego można było albo kochać albo nienawidzić ale nikt nie mógł pozostać obojętny. Wybitnie utalentowany, były żołnierz AK, kompozytor i wirtuoz grający na bardzo rzadkim instrumencie – okarynie, rodzaju harmonijki ustnej, był wyjątkowo inteligentny i oczytany. Cieszył się też ogromnym powodzeniem u kobiet, których za wyjątkiem jednej (o tym później) zbytnio nie szanował, drwiąc sobie często z nich niemiłosiernie. Tak to już jest z podażą i popytem. Gdy ten ostatni znacznie przewyższa pierwszy – można w kwestii relacji niemal „fszystko”. Zresztą groteska była chyba jego sposobem na bezsens egzystencji. Siedząc kiedyś w popularnej wówczas kawiarni PiW-u przy Foksal 17 w towarzystwie Marka Karewicza oraz Beaty Tyszkiewicz został dostrzeżony przez swojego kolegę, który nie mógł znaleźć wolnego miejsca. Podszedł on do Pawlikowskiego z rękoma w kieszeniach, w których pobrzękiwały drobne monety i zapytał czy może się dosiąść? Pawlikowski patrząc w kierunku Beaty Tyszkiewicz odparł:

„Słuchaj, do tej pani się nie brzęczy, do tej pani się szeleści…”

Z tego samego okna, z którego wyskoczył Pawlikowski kilka lat wcześniej poleciał człowiek, który był jego współlokatorem Andrzej Rzeszotarski – legenda Warszawy lat 60tych, pierwszy playboy miasta, wożony czerwonym Mercedesem przez prywatnego kierowcę, uczestnika wielu rajdów Stanisława Dalkę zwanego Cegłą, który przy okazji był jego ochroniarzem. Pamiętajmy, że były to czasy głębokiej komuny, gdzie motorower stanowił obiekt westchnień klasy pracującej. Obu panów prócz zamiłowania do kobiet i dobrej zabawy połączyła prawdopodobnie gasnąca sława i kłopoty finansowe, w które popadli jeden po drugim. Rzeszotarski na skutek więzienia połączonego najpewniej z konfiskatą majątku a Pawlikowski na skutek ostracyzmu spowodowanego sprawą Szpotańskiego. Zarzucano mu złożenie obciążających tego ostatniego zeznań w czasie głośnego procesu a także współpracę ze służbą bezpieczeństwa. Jak było naprawdę dziś się już nie dowiemy, głosy ludzi, którzy „coś wiedzą” są w tej sprawie podzielone, faktem jest, że Pawlikowski chorował na cyklofrenię, która w połączeniu z faktem regularnego przyjmowania morfiny a także wizytą w szpitalu psychiatrycznym spowodowała kompletny rozstrój nerwowy „Dudusia”. Wahania nastroju od euforii aż do kompletnej depresji wywołały ostatecznie fatalne zakończenie jakże barwnego życia artysty.

Ale do sedna, bowiem w tym wpisie chciałem poruszyć dwie sprawy.

Ostracyzm – w czasie gdy Rzeszotarski i Pawlikowski byli porywanymi bywalcami modnych wówczas kawiarni i restauracji w Warszawie każdy chciał ich znać, choćby mieć możliwość zagadania i zaznaczenia siebie w życiu celebrytów. Gdy najpierw jeden a później drugi wypadł z orbity życia nagle okazało się, że zostali kompletnie sami. Ludzie się odsunęli, na ulicy przechodzili na drugą stronę widząc Pawlikowskiego, w knajpach zmieniali stoliki i tak dalej. Ot klasyczny przykład zachowania tłuszczy, która w relacjach międzyludzkich widzi wyłącznie interes i miast szukać człowieka w człowieku szuka punktu zaczepienia umożliwiającego odcięcie własnych korzyści.

Tfu! Plwam na to bydło. Tak bydło – nigdy nie zrobiłem w życiu czegokolwiek w stosunku do drugiego człowieka, aby na tym coś zyskać. Uważam to za najgorszą formę prostytucji i to się nie zmieni, bo to jeden z głównych fundamentów własnej osobowości.

Druga sprawa to rola Teresy Tuszyńskiej w życiu Adama Pawlikowskiego. Jak wiemy Tuszyńska była kobietą, która jeńców nie brała. W każdym środowisku typowała najsilniejszego wg niej mężczyznę i próbowała go „urobić” pod siebie, jak choćby ze słynnym kapitanem statku, który uchodził za zimnego drania (odstąpił jej swoją kabinę wkrótce po rozpoczęciu rejsu). Pawlikowski był typową kosą, która trafiła na kamień. Mimo, że kochał się w Tuszyńskiej do szaleństwa to prawdopodobnie bez przerwy ją negował nie bez racji wiedząc, że w chwili, gdy ustąpi zostanie zepchnięty do roli podrzędnego orbitera. Ona z kolei kochała się w nim na zabój o czym świadczy fakt, że pomagała mu bardzo mocno pod koniec życia i to w czasie, gdy wszyscy się już od niego odsunęli a przypomnijmy, że była wówczas już po dwóch rozwodach, przy czym ślub z hrabią Zamojskim wzięła tylko dlatego, aby zrobić na złość Pawlikowskiemu, który wg niej zwyczajnie ją…wykorzystał. Pawlikowski na wieść o ślubie Tuszyńskiej zwymiotował z nerwów…

Dalej rozpoczęła się straszliwa gra dwojga silnych osobowości, która zakończyła się tragicznie. Adam Pawlikowski przez sztukę latania a Teresa Tuszyńska przez alkohol. Jestem niemal pewien, że jej ostatecznie załamanie i odwrócenie się od środowiska aktorskiego było spowodowane śmiercią jedynego człowieka, na którym naprawdę jej zależało, a z którym ze względu na silny charakter nie mogła być blisko. Bunt – to jedyna słuszna reakcja, żadna tam akceptacja, wdzięczność i inne tego typu farmazony. Bunt przynosi albo pełnię życia albo śmierć i o to chodzi. Brzmi znajomo? 😉

Piękna postawa – mój ogromny podziw, mimo tragicznego końca.
Człowiek musi w coś wierzyć i kogoś kochać. Inaczej jest bez szans…

Zaburzenia osobowości nieprawdopodobnie polaryzują rzeczywistość. Będąc w fazie manii człowiek może przenosić góry, by po chwili zapaść się pod dno własnego ja. Pewność siebie, boska wiara, nieśmiertelność, mogą w jednej chwili zamienić się w kompletne dno, gdzie człowiek postrzega siebie jako kompletnego śmiecia. Ludzie dotknięci zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym często odnoszą liczne sukcesy w życiu, otaczają się wianuszkiem pięknych ludzi płci przeciwnej, są duszami towarzystwa, bowiem działanie w manii przypomina życie pod wpływem silnych narkotyków zasypujących dół z egzystencją a otwierających okno do nieba. Zwykły śmiertelnik nigdy nie doświadczy takiego wachlarza emocji co człowiek dotknięty tym właśnie zaburzeniem. Niestety w finale, gdy pewien poziom afektu zostanie przekroczony może dojść do tragedii. Tak też było z Pawlikowskim.

Ładnie podsumował to autor pewnego bloga, który to fragment sobie skopiowałem a teraz nie mogę znaleźć źródła :/

„Jest taka scena w filmie Ida, kiedy jedna z bohaterek popełnia samobójstwo. Tak po prostu otwiera sobie okno i skacze. No to może i Duduś tak sobie wszedł do domu i tak sobie „wziął” i wyskoczył myśląc….

A ch….j wam w du…y”

Podpisuję się pod takim pożegnaniem całym sercem

Artur Gutner

PS: Pisząc tekst skorzystałem z informacji i zdjęć, które uzyskałem na grupie miłośników Teresy Tuszyńskiej dzięki Panu Markowi Leśniewskiemu. Skorzystałem również z bloga pingwin1964.blogspot.com oraz niniwa22.cba.pl a także prywatnych rozmów z osobami, które znały Adama Pawlikowskiego ale chcą pozostać anonimowe. W wikipedii i mainstreamie jest sporo informacji błędnych jak chociażby miejsce śmierci aktora a także urodzenia (Nowogrodzka 4 jest prawidłowa). Dobrze się czyta takie rzeczy słuchając Zaćmienia Marka Bilińskiego – taka tam sugestia.

Ende