Linie życia.

Tak naprawdę całe życie szukamy kogoś kto usłyszy szmer rosnącej trawy w taki sam sposób jak my – cała tajemnica poczucia spełnienia, dobrostanu, radości – reszta to miłe dodatki,  tymczasem my wciąż błądzimy patrząc na innych przez pryzmat zazdrości otoczenia, by rodzina przyklepała związek, by znajomi mówili „piękna z was para”, by wesele było boskie, później kupujemy ogromny dom by czuć się lepiej niż tło, następne auto ociekające ledami błyszczy wieczorem na parkingu w promieniach zachodzącego słońca. Tylko szumu trawy wciąż nie słychać. Jedno pozostaje niezmienne – nieznośny hałas pustki w środku przywołujący skojarzenie z ciszą w odosobnieniu przerywaną co chwila przez kroplę rozbijającej się o taflę wody odmierzającą kolejną minutę uciekającego w bezsensie życia.

When I look back

I see the landscapes
That I have walked through
But it is different

All the great trees are gone
It seems there are
Remnants of them

But it is the afterglow
Inside of you

Of all those you met


Who meant something in your life

— Olav Rex, August 1977

Jakiś czas temu wpadłem na znakomity pomysł kadrowania rzeczywistości za pomocą kamery 16mm. Inspiracją był dla mnie Daniel Bloom i kilka klipów, które w ten sposób nakręcił. Pamiętam z czasów dzieciństwa ojca, który takim właśnie Krasnogorskiem próbował zatrzymać coś, co jest nie do zatrzymania. Podobnie z aparatem Smiena, który dostałem jako prezent w dzieciństwie. Zapisy chwil zatrzymane w czasie analogiem mają tę przewagę nad cyfrą, że są wyjątkowe, nie da się zrobić setek ujęć i później wybrać tych najlepszych, trzeba się starać przy każdym naciśnięciu migawki aby uzyskać oczekiwany rezultat. To jak z ludźmi – poznając setki ludzi żadnemu z nich nie nadasz cech wyjątkowych, co najwyżej jak Bukowski pod koniec zracjonalizujesz sobie potrzeby i w zakłamaniu ogłosisz wszem i wobec, że to właśnie na tego kogoś czekałeś. Nie czekałeś na niego czy na nią,  jest ci z nią lub z nim po prostu wygodnie. Jak zrezygnowany pies, który znalazł ciepłe schronienie w budzie, na którą jeszcze kilka lat wcześniej nawet by nie spojrzał.

That’s the lifelines.

Przypadkowo w Trójce (tak, tak realizatorzy dźwięku pozostali chyba) przypomnieli dziś Lifelines niezapomnianego  A-ha. Kto z nas nie pamięta Summer Moved On czy Take On Me? Kto z nas nie chciał być tym właśnie, rysowanym ołówkiem, przystojnym facetem, który zasłania swoją wybrankę przed gangiem motocyklistów z kluczami francuskimi w dłoniach? Jakże pięknie pokazano przenikanie się świata wyobraźni z rzeczywistością, które są od siebie tak dalekie a powinny być tak bliskie a przecież to jedynie prościutki w treści kawałek! No i ten klimat komiksu! Niby obraz a zostawia potężne pole do marzeń i wyobraźni.

Niestety, nieco później okazało się, że to tak nie działa, bo w życiu liczy się tępa siła a nie wyobraźnia. Ktoś się czuje oszukany? 😉

Dziś ludzie nie chcą czytać, nie chcą sobie wyobrażać, chcą oglądać, chcą zasypywać zmysły gotowcem, wolą przyjmować przekaz takim jakim widzą go kreatorzy plastikowej rzeczywistości. Efekt widać wokół. Podoba wam się to? Ale tak zupełnie szczerze, czy to co jest autorytetem zasługuje by nim być?

Klip  do Lifelines A-ha był zrobiony na kanwie filmu nakręconego w czasie nieco ponad stu dni przez Mortena Skalleruda w jednym z norweskich fiordów przypominających do złudzenia moją ukochaną Islandię. Technika w pewnym sensie zbliżona do poklatkowej tylko rozłożona w czasie, czyli długie ekspozycje i niewielkie przesunięcie kamery. Całość mimo ponad trzech miesięcy nagrywania zajmuje po obróbce zaledwie 14 minut.  SuperPanavision 70 za pomocą, którego zrealizowano film to za dużo jak dla mnie, dlatego ja cofam się do 16mm. W ogóle cofam się bo przyszłość coraz mniej mi się podoba. Te biegające po ekranie skazy, duszki, rysy mają nieopisany urok prawdy wyzbytej ze sztuczności instagramowego filtra.

Daliśmy się porwać życiu na kredyt, konsumpcji, zakłamaniu, kolorowym okładkom skrywającym kiepskie treści. Dlatego ja zawracam. Pójdziesz ze mną? Nie sądzę…”śnięte ryby zawsze płyną z prądem”.

Nie pozdrawiam

Artur