Śladami nadwrażliwości.

Na cmentarz w Wólce Węglowej, gdzie spoczywa najpiękniejsza kobieta polskiego kina wybierałem się już od dłuższego czasu, z Wilanowa rowerem jest to jakieś 25km w jedną stronę. Dziś korzystając z pięknej pogody obskoczyłem najpierw Nowogrodzką, gdzie mieszkała w czasach gdy Pawlikowski wyskoczył z okna – tu jest zresztą ciekawy wątek, bo najpierw to on ją uwiódł a później porzucił. Później to ona robiła wszystko aby zagrać mu na nosie łącznie z poślubieniem hrabiego Zamoyskiego, po którym zdarzeniu to Pawlikowski zwymiotował z nerwów. Następnie przemieściłem się na Górczewską, gdzie mieszkała ze swoim ostatnim mężem Janem Perzyną, by ostatecznie dotrzeć do miejsca, gdzie została już na zawsze. Nie byłem wcześniej nigdy na tym cmentarzu ale zrobił na mnie duże wrażenie. Śpiew ptaków, duże przestrzenie, liczne stare drzewa w cieniu których można pomieszkać trochę we własnej wyobraźni. Tak naprawdę zabiło ją chyba odejście Pawlikowskiego i śmierć Cybulskiego. Będę grała tylko z nim, albo wcale…Ludzie nie rozumieją co znaczy nadwrażliwość. Postaram się to wytłumaczyć poniżej. Wszystko co napisałem w tym tekście jest moją interpretacją rzeczywistości i nie musi być zgodne z obiektywną oceną zdarzeń.
Kiedyś mój kolega, żołnierz zawodowy, ale taki co sporo prochu powąchał zapytał mnie po biegu Katorżnika – stary, czemu ty tak przeżywasz to wszystko? Ludzie się pieprzą ze sobą, schodzą, rozchodzą, po co rozkminiać takie rzeczy? Przecież tego kwiatu pół światu.

Okej, więc wyobraź sobie, że nie chodzi o to, żeby kogoś przelecieć, bo to rzeczywiście leży na ulicy – dla mnie to trupy spółkujące z trupami, chodzi o to, aby nawiązać jakąś głębszą mentalną więź łączącą dwoje ludzi.

Stary a na chooj ci to? Baw się życiem!

Okej, więc mam do ciebie pytanie. Chciało ci się kiedyś naprawdę mocno pić?

No tak, w czasie marszu na pustyni w Libii, aż dostałem gorączki z odwodnienia.

No to teraz wyobraź sobie, że nadwrażliwość to właśnie takie pragnienie, nawet gorsze bo widzisz po całym dniu marszu w pięknej oazie, ceramiczną misę z krystalicznie czystą wodą, z której nie możesz się napić, mimo że pękają ci usta, nie jesteś w stanie myśleć o niczym innym, tylko by ugasić pragnienie. Twoje życie, troski, walka, oddział, lojalność nie mają znaczenia.

Jak nie mogę się napić? Biorę i walę do dna.

No właśnie nie, tu się tak nie da. Nawet jeśli dotrzesz do tej misy z wodą i będziesz próbował z niej zaczerpnąć to ona przemieści się w mgnieniu oka w inne miejsce, zaczynasz walczyć, robisz wszystko by ją dostać, problem pogłębia fakt, że widzisz wokół innych ludzi, którzy nie tylko gaszą pragnienie, ale siedzą spokojnie w cieniu oliwnego gaju trzymając się za ręce i jedzą cytrusy podczas gdy Ty walczysz o każdy haust powietrza.

Artur, co ty ćpasz?

Słuchaj dalej – w końcu ciężko walcząc dostajesz się do wodopoju, wydaje ci się, że to właśnie ten moment, w końcu uchwyciłeś ten stan, zaczynasz łapczywie pić kiedy nagle, w trakcie okazuje się, że to…słona woda. Mimo to pijesz dalej bo pragnienie narasta.

Weź, pij bo chyba majaczysz.

No dobra, co byś zrobił gdyby ta woda była słona?

Są tabletki do uzdatniania, pij!

Szkoda, że nie rozumiesz.

Dobra nie pierdol…pij.

I tak to mniej więcej wygląda – przez czterdzieści lat grałem twardziela udając, że nie widzę tego wszystkiego. Do czasu, gdy było mnie stać powiedzieć dość. Proces staczania się (w rozumieniu glist z The Wall) ludzi z nadwrażliwością jest często wydłużony w czasie, bowiem cechy, które posiadają powodują, że skoorwiałe do cna społeczeństwo zwyczajnie ich potrzebuje z różnych powodów. Może być to atrakcyjność fizyczna, może być to rzadka wiedza, mogą wreszcie to być zasoby. Zasadnicza różnica między nadwrażliwcami a zwykłymi zjadaczami chleba polega na tym, że ci pierwsi widzą w ludziach ludzi a ci drudzy używają ludzi, analizują, czy układ, relacja, znajomość im odpowiada czy nie i w zależności od opłacalności podejmują bądź nie działania. Cały proces jest często transparentny, wybór tłumaczony wyjątkowością obiektu zainteresowania przynajmniej do czasu aż kurtyna z endorfin opadnie. Dla zjadaczy działanie destrukcyjne w imię własnych zasad jest kompletnym frajerstwem, którego nie są w stanie za nic pojąć. Nie szkodzi, chodzi wyłącznie o opis zjawiska.

Będąc na cmentarzu odwiedziłem również grób ostatniego męża Tetetki i zapaliłem tam świeczkę. Zupełnie zapomniane miejsce, a ja typa szanuję mimo, że nie miał za co jej pochować. Miał jednak coś co spowodowało, że została jego żoną. Może zrozumienie, może cienką niczym w Max Payne czerwoną linię łączącą jego i ją poprzez niewidoczne pole ciemności? W ostateczności nawet wspólne rozkminianie życia przy butelce czegoś procentowego. Wszystko, ale to wszystko jest lepsze niż bycie „dojrzałym” wg stada człowiekiem czyli klasyczną glistą z The Wall, którą tak plastycznie opisał w swoich zapiskach Tomek Beksiński. Kiedy myślę o ludziach żyjących w ten sposób mam przed oczyma scenę z Miasta Prywatnego, gdzie Pawik mówi do Alego, żeby się zamknął, bo się wyrzyga. Nie ma i nie będzie platformy porozumienia między konsumentem iluzji a człowiekiem, który ją prześwietlił na wskroś. Nie ma bo po przekroczeniu pewnych drzwi powrotu już nie ma.

Dlaczego zatem zapaliłem światełko w miejscu, gdzie spoczywa Pan Perzyna?

Bo w życiu liczą się tylko ci ludzie, którzy są przy nas WŁAŚNIE wtedy gdy jest źle i bardzo źle.

Cała reszta pieprzonych zombie skuszonych własnym ośrodkiem nagrody, odcinająca codzienne kupony od źródła przyjemności jakie dla nich stanowimy jest bez znaczenia. Aby to zrozumieć trzeba poczuć jak działają relacje międzyludzkie, z tym że ja nie radzę komukolwiek w to brnąć. Jest to jedna z granic spoza której nie ma powrotu.

Chyba zupełnie jasne dla wszystkich jest, że z taką optyką człowiek jest w stadzie bez szans. Mam nadzieję, że chociaż to jest jasne? Oczywiście za rogiem czeka cała armia „specjalistów”, którzy przy pomocy prania mózgów albo piguł z napisem Prozac za dość przyzwoite pieniądze spróbują takiego delikwenta wbić do stada stępiając jego wrażliwość ale jednocześnie obcinając wszelkie pozostałe  bodźce. Taki zombie często łykając prochy odnajdzie się w tym goownie wokół, ale już do końca nie będzie sobą tylko automatem reprodukcyjno naśladowczym, zbliżonym do glisty z maszynki do mięsa w The Wall. Beks wiedział dobrze jak to działa dlatego robił wiatrak z szamanów a prochy odkładał do słoika, aby wykorzystać je na swój sposób. W świecie gdzie umysłowo chorzy są uznawani za normalnych a normalni leczeni farmakologicznie to zrozumiałe.

No cóż? Generalnie życie dla mnie to forma groteskowej zabawy na karuzeli, kończącej się miast wołaniem, aby wracać na kolację, bo zbliża się noc, totalną destrukcją na skutek awarii mechanizmów, spowodowanych zmęczeniem materiału. Wyjątki są dwa: pierwszy, to że zaczyna mi brakować pieniędzy, które traktuje jako środek a nie cel i drugi kiedy siada mi zdrowie, w obu wypadkach wówczas denerwuję się, psioczę na cały świat i łażę na tory tylko po to, aby uzmysłowić sobie, że ja sam z siebie nigdy z tej iluzji nie zrezygnuje. Chyba… Cała siła tkwi w bodźcach i zdolności do przeżywania a nie konsumowania tego co wokół. Dzień kiedy zostanę konsumentem będzie ostatnim dniem mojego życia.

Plany na jutro? Graj Chopin, graj! Dobrze, że miał facet talent – bez tego nawóz i glista z The Wall. Zobaczymy czy dam radę bo to jakieś 150km będzie w dwie strony ale póki co jeździć mogę, gorzej z chodzeniem. Kondycja już nie ta jak na raz z Zakopca, ale walczę. :/ Ostatnio idąc na spacer ze znajomą musiałem wziąć prochy przeciwbólowe prewencyjnie, ale czegóż się nie robi dla chwili uniesienia?

Pozdrawiam serdecznie

Artur