Góry królowej śniegu.

Miałem dziś otworzyć sezon narciarski w Spytkowicach, ale że późno wstałem to nastąpiła zmiana planów. Spytkowice Ski położone w przesmyku między Gorcami a Beskidem Żywieckim kuszą mnie od jakiegoś czasu. Dlaczego? Bo jest kanapa to po pierwsze, bo trasy są łatwe i dobrze przygotowane a to ważne na rozgrzewkę przed skokiem w Dolomity, bo wprost z wyciągu można podziwiać majestat Diablaka i wreszcie jest tam fajny kompleks SPA z basenem, co pozwala po dniu na deskach „dobić się” w przyjemnej atmosferze sielanki  w naprawdę niewygórowanej cenie. No cóż? Jutro też jest dzień, za to dziś postanowiłem odwiedzić starego znajomego…który majaczy na zdjęciu w tle. 🙂

Luboń Wielki to bezsprzecznie książę Beskidu Wyspowego. Pierwszy raz postawiłem tam swoją nogę gdy miałem 7 lat, zakochałem się, a że jestem stały w uczuciach, to zostało mi o dziś. Na Biernatkę, bo tak zwą górę miejscowi wspinałem się dziesiątki razy, pieszo, rowerem, na nartach i w każdej możliwej porze roku. I wiecie co jest najlepsze? Ciągle nie mam dość.

Zaczynam na torach. Obecnie poza sezonem już nic tamtędy nie jeździ, dlatego bezkarnie mogę sobie pospacerować do Zarytego patrząc przy okazji na okoliczne zbocza, które znam jak własną kieszeń. Pierwsza jest oczywiście Polczakówka, genialny stok narciarski, na którym kiedyś ćwiczyła kadra w narciarstwie zjazdowym. Kawał pięknej góry, ze sporym spadkiem porównywalnym z Harendą lub Nosalem. Obecnie stacja jest nieczynna – podobno nie opłaci się naśnieżać. Trudno – jak tak będzie sypać tej zimy jak wczoraj i dziś to skoczę przez Grzebień z buta, obok wieży widokowej i śmignę po puchu.  🙂

Dalej Zaryte i Marysieńka, którą jakiś czas temu próbowaliśmy spenetrować z kolegą, ale udało nam się tylko zajrzeć przez okna. Psy i okoliczni mieszkańcy skutecznie pozbawili nas możliwości pooddychania przedwojennym powietrzem. Właściciel podobno mieszka w Krakowie i nie chce sprzedać Marysieńki za żadne pieniądze. Wiecie co? Wcale mu się nie dziwię.

Dalej „moja działka” czyli coś co chciałem kupić jakiś czas temu, aby wybudować tam niewielki domek. Oczyma wyobraźni widziałem już przelewowy basen z krawędzią na poziomie ziemi,  w którym siedzę z moją kobietą w pogodny, letni wieczór i napawam się widokiem zachodzącego słońca za pasmem Lubonia. W dole całe Zaryte w gratisie. 🙂 Jako, że jestem niepoprawnym marzycielem, to poprosiłem nawet znajomego kolegę, architekta, aby ocenił jak to wygląda.

Chcesz budować stok narciarski, czy chatę? 😀

A co nie da się?

Wszystko się da, kwestia za ile. Teren to nieczynne osuwisko, trzeba palować, doprowadzić media, drogę. W tej formie jaką wymyśliłeś, w tym miejscu jakieś 2,5 do 3 milionów złotych. 😀

Okej, to zadzwonię do Ciebie w przyszłym życiu 😉

PS: Działka jest nadal do sprzedania za śmieszne pieniądze, więc jak coś to priv 😉

Obok zbocze Bani na którym w 1939 roku rozbił się polski Karaś wpadając w chałupę Materków. Ponoć jeszcze w latach osiemdziesiątych resztki silnika leżały w stodole.

Dalej już prosto, przez tory obok klimatycznego drewnianego kościółka. Ścieżka zaczyna się wić do góry, szlak zamienia się miejscami w przykryty lodem płynący potok, im wyżej tym mocniej sypie śnieg. Czy zdążę przed mrokiem? Chciałbym jeszcze zjeść bigos w schronisku, który przywożą tam z Kudłacza. Coś niesamowitego – niebo w gębie.

Na szczęście powyżej mniej więcej 800 metrów n.p.m. śnieg ustaje i mam czas napawać się iście epickim krajobrazem jak z bajki o królowej śniegu. Jest kompletnie cicho, słychać tylko dzięcioła w oddali, drzewa pod ciężarem śniegu zdają się kłaniać, szlak jest ledwo przetarty. Wreszcie ostatnia prosta, schronisko we mgle. Wymiana zdań z innymi wariatami i zbiegam na dół. Tak! Zbiegam! Po śniegu to prawdziwa gratka, nawet dla ramola jak ja. Dlaczego? Bo stawy nie dostają w dupę jak po kamieniach 🙂 Momentalnie przypomina mi się bieg Rzeźnika, co prawda latem, ale też zasada podobna. Na wzniesieniach szybki marsz, na spadkach – pełny gaz. 🙂 Kiedyś też tak z przyjacielem zbiegliśmy z Wielkiej Rawki do Ustrzyk, ale to już inna historia.

Dalej skrót, mostek przez Rabę, gdzie dekadę temu skakałem na główkę i już jestem na dole. To dokładnie to samo miejsce – swoją drogą do dziś nie wiem kim była ta dziewczynka ze zdjęcia…Gdyby ktoś, to też proszę na priv. 😉

Endorfiny buzują  – lubię się naćpać. 😉

Do zobaczenia na stoku.

Artur