Zapach deszczowej niedzieli.

„Artur usiadł na schodach, starł ręką pot z czoła sięgając po papierosa. Od ponad 30 lat trzymał prawie pustą paczkę Extra Mocnych, znalezionych przy zwłokach przyjaciela, który lata temu odszedł na zawsze. Zostały dokładnie dwie sztuki. Wyjął jeden z nich, pomięty i przesuszony. Niestety nie miał zapałek. Z pomocą przyszedł przypadkowy przechodzień, który widząc efektowne dachowanie starego SEC-a podszedł sprawdzić czy kierowca wyszedł z wypadku bez szwanku. Błysnął płomień zapałki i Artur zaciągnął się gryzącym dymem, mimo że nie palił od dawna to łapczywie pochłaniał gorzki smak jednocześnie przyglądając się żarzącej jak iskra życia końcówce papierosa. Mówią, że w takich chwilach całe życie przebiega człowiekowi przed oczyma, ale to nie prawda. Przynajmniej nie w jego wypadku – tak sądził. Był w błędzie…

Dobrze się pan czuje? – zapytał młody chłopak.
Czemu pan pali? Przecież to nielegalne? – dodał po chwili.
Przepraszam, już gaszę – odparł Artur.

Liczba gapiów gęstniała, wszak od czasu gdy autonomiczne samochody zdominowały ulice świata wypadek był czymś tak nietypowym, że budził zrozumiałą sensację.

Co to za jakieś stare auto? Chyba nie ma autopilota? Że też jeszcze dopuszczają do ruchu takie złomy? – tłumek komentował dymiący kawał pogniecionej blachy, który jeszcze do niedawna przypominał klasyczną linię oldtimera spod znaku gwiazdy.

Kurde, chyba znów miałem farta? – pomyślał Artur.
Ileż można? Dlaczego ja? Dlaczego ja, kiedy innych już nie ma? – myśli kołatały się w obolałej głowie.

Lekarz android zjawił się w kilka minut, chwilę po nim Artur kątem oka zauważył innego robota, który wciągał resztki jego auta na lawetę jednocześnie porządkując otoczenie z wyciekających płynów eksploatacyjnych. Kiedy zamykały się drzwi ambulansu pojawił się płytki sen, prawdopodobnie jako efekt zaaplikowanych leków. I wówczas zaczęło się dziać, coś czego nie umiał opisać…Obrazy wypełniły jego głowę przesuwając się w jednej chwili. Nigdy wcześniej nie doświadczył takiego uczucia. Jednocześnie zdał sobie sprawę z faktu, że jako już przemijający starzec liczył czas nie w godzinach i latach, tylko niespełnionych uczuciach…

Monika

Budynek przedszkola był położony w zacisznej uliczce,zlokalizowanej w pobliżu parku. Fenomenem tego miejsca było to, że na jego dziedzińcu znajdowała się stara, wybetonowana fontanna. Podłoże i ścianki były wymalowane odpryskującą, niebieską farbą mającą za zadanie uszczelnić mikro pęknięcia. Artur przypomniał sobie, że bardzo chciał się w tej fontannie wykąpać, jednak karząca ręka pani dyrektor szarpała za uszy każdego kto próbował dokonać tej sztuki. Do czasu. Pewnego pięknego, letniego popołudnia, gdy bujne bzy podgrzane promieniami zachodzącego słońca dzieliły się ze światem swym zniewalającym zapachem, takim którego nigdy później już nie czuł, pojawił się sam, w towarzystwie starszych kolegów na placu pożądania. Fontanna co prawda była nieczynna, ale kilkudniowe obfite deszcze sprawiły, że niecka wypełniła się wodą. Ciepłą, czystą i zachęcającą do kąpieli. Chyba właśnie wtedy po raz pierwszy postanowił realizować swoje marzenia za wszelką cenę. Proste, zwyczajne, ludzkie…

Artur już jako dzieciak naznaczony był syndromem pustki, podczas gdy inne dzieci bawiły się w najlepsze ustawiając klocki, jeżdżąc po dywanach drewnianymi autami, czy rysując zawzięcie przy małych stoliczkach, on sam siedział na parapecie i patrzył w obsypaną deszczem szybę smakując słony smak łez. Czuł już wtedy jakiś nieopisany smutek związany ze światem, który go tak fascynował jak i przerażał. Dużo później powiązał pewne fakty i zrozumiał, że filozofia Steda nakazująca płakać „już teraz” to nie mrzonka tylko element zdeterminowanego do cna świata. Jakże prorocze okazały się te myśli pokazała przyszłość…

Monika była rasową brunetką, w typie Sabriny. Dla młodszego pokolenia krótkie wyjaśnienie. Otóż to taka gwiazdka muzyki pop, która głównie zaistniała dzięki obfitym kształtom a nie talentom wokalnym. Tak czy inaczej pod koniec lat siedemdziesiątych owa pani była co najwyżej pensjonariuszką podobnego przybytku co Artur nie mając zupełnie pojęcia o przyszłych, własnych przymiotach doprowadzających rzeszę mężczyzn do obłędu. Pewnego dnia wszystkie dzieci bawiły się na środku sali, prym wiódł oczywiście Karolik, w każdym środowisku muszą być alfa, beta i gamma. Monika czesała właśnie włosy lalce, nie takiej jak współczesne Barbie, tylko ohydnej, plastikowej kreaturze nieprzypominającej niczego współczesnego. Dzieci wtedy musiały mieć ponadprzeciętną wyobraźnię. aby zabawki będące w ich dyspozycji przypominały coś co wiąże się z miło spędzonym czasem, radością, zabawą a nie traumą. W pewnym momencie Monika złapała Artura za rękę i położyła ją na swoim brzuchu. Było to tak niespodziewane i nieprzewidywalne, że chłopak znieruchomiał. Poczuł pewien nieprzewidywalny prąd, który nakazał mu odsunąć się na bezpieczny dystans, ale jednocześnie wzbudził ciekawość. Czy można oczekiwać fajerwerków w tej materii po dzieciach, które mają po sześć lat? Raczej nie. Kilka dni później Artur zauważył, że Piechota (lokalny gamma) złapał lalkę, którą bawiła się Monika i wyrwał jej bez pardonu. Dziewczynka przestraszyła się i zaczęła płakać. Artur bez namysłu chwycił drewniany młotek i zdzielił Piechotę przez łeb tak, że tenże padł niczym martwy na środek linoleum. Efekt był taki, że Artura zamknięto w schowku na szczotki za karę, powodując w nim traumę przed ciemnością na lata, a Monika…została jego dziewczyną. Nawet Karolik musiał uznać ten czyn za wyjątkowo heroiczny. Od tego czasu Monika od rana aż do późnego popołudnia zbiegała o atencję Artura dzieląc się z nim ohydnym deserem, pożyczając kredki i sprzedając ukradkowe spojrzenia….”