Living my dream.

Każdy z nas żyje własnym snem. Tu gdzie jestem obecnie czas płynie inaczej. Ciemne chmury przetaczają się po niebie, czarne plaże nęcą spokojem  a chłodny wiatr podszywa zimnem typową „koledżówkę” podobną do tej, którą lata temu nosił Kevin Arnold. Smieszne? 🙂 Wiem, nie stać Cię na sentymentalizm bo skoorwiałe do cna społeczeństwo wymaga od Ciebie siły, waleczności i „sukcesu”, więc siłowo kreujesz się na debeściaka, byleby otoczenie nie odkryło kim naprawdę jesteś. Wiesz co? Jeśli to Twój schemat to właśnie przegrywasz własne życie a najlepsze jest to, że nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Zresztą, w finale i tak wszyscy przegramy, więc może chodzi wyłącznie o to, aby przegrać na własnych a nie narzuconych społecznie warunkach?

Azory to miejsce, które już od dłuższego czasu było na mojej liście must see. Cóż? Jestem tak dziwnie skonstruowany, że nie znoszę tłumów, pięciogwiazdkowych kurortów a na dźwięk słowa Hurghada dostaję dreszczy. Na tanie bilety przez Frankfurt polowałem od dłuższego czasu w końcu udało się! Archipelag składa się z kilku wysp, z których San Miguel jest największą. Liczne poradniki turystyczne sugerują wynajem auta i to z dużym wyprzedzeniem, aby uniknąć problemów w komunikacji, ale że ja jestem hardcorem to postanowiłem przemieszczać się…stopem. 😉 I powiem wam, że to chyba najbardziej efektywna forma docierania wszędzie tam, gdzie warto zajrzeć. Zero kosztów, fajni ludzie po drodze (jak ja nie znoszę buraczanego klimatu kartoflanej – tak naprawdę żyję w PL nadal tylko dlatego, że mam pewne zobowiązania), klimat rozmów i wiele, wiele rzeczy, których można się po drodze dowiedzieć. Więc jeśli jesteś filigranową blondynką a nie łysym facetem to polecam tym bardziej. 😉o

Azory to zdecydowanie nie miejsce dla ludzi, którzy uwielbiają lans i drinki z parasolkami w basenach. Pogoda tu bywa kapryśna, często mocno wieje, zdarzają się opady, ale za to widoki…zapierają dech w piersiach. W ogóle Azory mają sporo wspólnego z moją ukochaną Islandia (pozdrawiam serdecznie Akureyri i wspaniałych ludzi z zakładu oczyszczania miasta – za dwa, trzy lata skorzystam z zaproszenia bankowo) 😉o

  • Szczególnym miejscem nawiązującym do mistycznego Kupari w Chorwacji jest Monte Pałace czyli ruiny opuszczonego hotelu położone na wyspie San Miguel w jej najwyższym punkcie. Jakby ktoś tu zajrzał to polecam wejście na dach budynku mimo tego, że wszystko sprawia wrażenie jakby się miało rozlecieć. Ktoś, kto zbudował ten hotel miał ognistą fantazję – już go lubię – widoki z dachu po prostu walą z nóg. 🙂

Jedynym naprawdę kosztownym tematem są promy między wyspami, ale dla każdego przeciętnie zarabiającego obywatela kartoflanej republiki wydatek rzędu 120 złotych nie powinien stanowić dużego problemu. No chyba, że 80% dochodów przeznacza się na spłatę kredytu hipotecznego. Cóż, w doopę nóż jak mawiał pewien szanowany członek znanej spółki giełdowej.

Wiecie co? Chętnie bym rozważył zamieszkanie tu na emeryturze, ale jednak islandzkie zimno mocniej pociąga, podobnie jak klimat i ludzie.

Trzymajcie się!

Pozdrawiam

Artur

PS: Do zobaczenia na Ziemi Ognistej w przyszłym roku.

#notimetolose