Mniejsze niebo.

Kiedy wpiszecie w wyszukiwarkę „mniejsze niebo” to pierwszy link przeniesie Was najprawdopodobniej do Wikipedii zawierającej opis znakomitego filmu w reżyserii Janusza Morgensterna, z życiową moim zdaniem rolą Romana Wilhelmi, drugi zaś link na liście przekieruje do mojego bloga. To oczywiście zupełny przypadek. 😉 Fabułę filmu można bez problemu znaleźć w sieci, choćby na Filmweb-ie więc nie będę się tu o niej rozpisywał, nie mniej jednak treść scenariusza oparta o powieść Johna Wayn’a mocno wiąże się z tematem, który chciałbym w niniejszym wpisie poruszyć. Zacznijmy może cytatem, słowami człowieka „sukcesu”, który wspiął się na sam szczyt lemingowej piramidy po to tylko, aby odkryć prawdę o życiu a następnie umrzeć.

„Im bardziej dojrzewamy, tym bardziej mądrzejemy i stopniowo zaczynamy rozumieć, że zegarek, który kosztuje 30$ i zegarek, który kosztuje 300$, pokazuje ten sam czas.”

Steve Jobs

Dla ludzi prymitywnych sens życia zawiera się w prostych aspektach – władza, dupa, pieniądze. Kolejność dowolna, podobnie jak wzajemne konotacje, zatem nie ma sensu wnikać w oczywistą oczywistość, tym bardziej że moi nieliczni czytelnicy to ludzie mocno wyrobieni w kwestii filozofii tego co nas otacza. Zakładam, że tak jest, bo treści, które prezentuję nie są ani chwytliwe, ani lekkie, ani przyjemne. Szczególnie niebezpieczne bywają dla przeciętnego zjadacza chleba tak zwane szybkie awanse, czy to materialne, społeczne a nawet lokalne. Często wówczas dochodzi do przegrzania, poczucia niesamowitości, wrażenia bycia wyjątkowym, co wcześniej niż później musi doprowadzić do wypalenia, bowiem każdy gwałtowny bodziec dający nam kopa….

Musi skończyć się kacem.

Mądry człowiek konsumuje rzeczywistość powoli. Będąc cierpliwym masz szansę na harmonię życiową i odejście w spełnieniu, wygrywając w totka prawdopodobnie skończysz w morzu alkoholu i chmurach dymu z marihuany. Zadajmy sobie zatem pytanie, co jest celem życia? Pieniądze? Uznanie? Stado lasek wokół? Odpowiem teraz.

Poczucie spełnienia!

Przy czym absolutnie nie ma znaczenia ile masz pieniędzy, co robisz, czym się zajmujesz, jaką masz pozycję w skurwiałym do cna społeczeństwie. Możesz być zadowolonym z życia ascetą i kompletnie rozpieprzonym emocjonalnie konsumentem iluzji pod postacią dobrego auta, wczasów na oceanie indyjskim i domu w Konstancinie. 🙂 Przykro mi, ale jeśli do tej pory tego nie zrozumiałeś to raczej już Ci się to nie uda. 😉

Większość ludzi posiada deficyt miłości własnej, który nie pozwala im w pełni rozwinąć skrzydeł. Aby zasypać głód owego uczucia ludzie ci uciekają w konsumpcję rzeczywistości, która pełni taką samą rolę jak pół litra, trzy wina albo dziesięć piw wieczorem. Na chwilę pozwala zapomnieć o deficytach, by po kilku godzinach wyrzucić je z podwójną siłą. Dalej leci już szybko – emocjonalna huśtawka i na końcu dno. Deficyt miłości własnej jest okropnym brakiem, który potrafi złamać niemal każdego. To właśnie dlatego ludzie nim dotknięci często tkwią w toksycznych związkach z ludźmi, którzy są wg naturalnego wzorca piękni/wartościowi/pożądani. Owo piękno nie ma nic wspólnego z rozumieniem piękna w ludzki sposób. Jest czystą matrycą. Obiektywnie kanon fizycznego piękna odczytywanego przez zaprogramowane przez naturę mózgi homo sapiens jest OBIEKTYWNY i w pełni SKALOWALNY, zatem pieprzenie, że nie to co piękne a co się komu podoba można włożyć w buty.

Skalowany kanon piękna

Ludzie z deficytem miłości nie potrafią kochać, dlatego wydaje im się, że jeśli wejdą w interakcję z partnerem dużo bardziej atrakcyjnym fizycznie/społecznie/materialnie od siebie to będzie to panaceum na poczucie alienacji. Natura uwielbia „nagradzać” tych, którzy wpisują się w jej normy, zatem zapewne dostępując możliwości obcowania z partnerem, którego oceniasz jako atrakcyjniejszego od siebie doznasz na chwilę poczucia spełnienia, jedności, harmonii, jednak będzie to czysta iluzja, która w 90% wypadków skończy się fuckupem. Miłość własna jest zawsze pierwotna do tej zewnętrznej i tylko naprawdę kochając siebie jesteś zdolny do pokochania innego człowieka. Jest to tak oczywista oczywistość, że aż dziw bierze, że większość ludzi nie rozumie tej prostej zależności! Uwaga miłości własnej nie należy mylić z egoizmem, bo granica między tymi zjawiskami jest dość płynna i zamiast pełnego harmonii, spełnionego człowieka możesz stać się nadętym, zadufanym w sobie bufonem.

Deficyt miłości własnej bywa czasem tak dotkliwy, że akceptujemy przemoc ze strony partnerów tylko dlatego, że są bardziej atrakcyjni fizycznie/społecznie/materialnie i dają nam ukojenie w zamian za możliwość żerowania na własnych deficytach. Oczywiście wszystkie te mechanizmy są dla większości transparentne i pani Kazia nie zastanawia się dlaczego pozwala się maltretować panu Czesławowi, tłumacząc to sobie misją i uczuciem. W rzeczywistości to bardzo prymitywne mechanizmy.

Rodząc się ze słabym z punktu widzenia natury/geometrii genotypem jesteś skazany na pójście w kierunku kontemplacji a nie konsumpcji rzeczywistości, mało tego, te deficyty spowodują, że w miarę postępu interakcji z otoczeniem będziesz coraz mocniej pogłębiał rozdźwięk między własną percepcją świata a większością otoczenia, co wcześniej czy później doprowadzi do alienacji bądź zamknięcia się w wąskiej grupie osób o podobnych poglądach a to oznacza tylko i wyłącznie oczekiwanie na…. śmierć, nie ważne czy fizyczną czy społeczną.

Jeśli świat jest do końca zdeterminowany, to znaczy, że nie da się z tym nic zrobić. Można się nauczyć kontrolować pewne rzeczy i kosztem niespełnienia nie pozwalać na niszczenie siebie przez innych, tylko dlatego, że mają silniejszy genotyp.  Ludzie z deficytem własnej miłości NIGDY nie poznają prawdziwej strony tego pięknego uczucia bowiem zazwyczaj są albo na głodzie i akceptują niszczenie siebie za możliwość interakcji z atrakcyjniejszym partnerem, co daje chwilową (tożsamą z upiciem się) ulgę, lub działają właśnie jak stacja benzynowa i pozwalają, aby ktoś za darmo się u nich „tankował”. Ten drugi przypadek to często domena osób ekstremalnie atrakcyjnych fizycznie ale na skutek problemów w czasie dorastania pozbawionych poczucia wartości. Często podświadomie szukają oni osób o słabym genotypie, ale silnej osobowości, bowiem ludzie tacy często są postrzegani jako osoby osiągające sukces społecznie, co pozwala emocjonalnemu zombie doładować się na chwilę, na zasadzie – może jednak coś we mnie jest, skoro tak mądry facet/kobieta zwrócił na mnie uwagę? Nie ma nic. To czysta iluzja a silny genotyp eliminuje rozwój cech ludzkich, bo są one zbędne w procesie ewolucji.

Wielokrotne powtarzanie schematu zachowań u ludzi ze słabym genotypem powoduje wpadnięcie w klasyczny trójkąt Karpmana co prowadzi w ostatecznym rozrachunku do izolacji, tworzenia alternatywnych rzeczywistości, ucieczki w ezoterykę, wiarę, samobójstwo itp. Wszystko jest tematem zastępczym wobec prawdziwej miłości, do której niestety zdolni są wyłącznie ludzie o stabilnym poczuciu własnej wartości. Wobec braków owego prawdziwego uczucia ludzie uciekają w kompromis, kobiety w dzieci, mężczyźni w zabawki, są to typowe akty hiper kompensacyjne tak doskonale scharakteryzowane przez Zdzisława Beksińskiego w jego własnych przemyśleniach. Na marginesie – jego twórczość była właśnie efektem samorealizacji na innym polu wobec braku spełnienia na prymitywnym, wewnętrznym poletku narzuconych nam genetycznie i behawioralnie własnych pragnień, do których większość z nas NIGDY świadomie  nie dotrze. Co ciekawe, deficyty często przyciągają się na chwilę tylko po to, aby odpłynąć zostawiając po sobie pustkę.

Zatem?

Uporządkuj swoje wnętrze, a to co na zewnątrz ułoży się samo! Niekoniecznie tak jakbyś tego chciał wczoraj, ale jutro może okazać się, że mniejsze niebo to tak mocno nieświadomie pożądane zwykłe/większe niebo?

Reasumując. Czemu właśnie tak? Bo na dziś to moja filozofia życiowa. Tak! Nie kochałem siebie, pozwalałem na niszczenie mojego ja latami w zamian za możliwość dostępu do zasobów, genotypu, ułudy sukcesu. Dziś znam swoją wartość,  czuję własne granice i oglądam świat niejako zza szyby. Choć nie raz wzbudza on we mnie negatywne emocje to wiem, że jest to inny ich rodzaj -nie ten destrukcyjny. Dziś już wiem, że spełnienia nie da się kupić, że spełnienie mieszka w nas samych. 🙂

Dlatego wybieram mniejsze niebo i Wam radzę to samo.

pozdrawiam

Artur Gutner