Pozorny chaos.

Dziś kilka tematów w jednym wątku, bo wiosnę czuć coraz mocniej i szkoda tracić czasu na mroczne tematy. Lepiej zająć się konsumpcją iluzji, póki cukier i ciśnienie w normie. 😉 Od kilku lat używam Spotify premium i to co uderzyło mnie mocno jakiś czas temu to opcja wyszukiwania podobnych utworów do tych, które nam się podobają. W moim wypadku działa to genialnie i pozwala tworzyć naprawdę mocne z mojego punktu widzenia playlisty. Kwestię Soundcloud traktowałem do tej pory po macoszemu, ale okazuje się, że można tam znaleźć prawdziwe perełki, które nie mają szans na przebicie się w mainstreamie ze względu na to, że nie trafiają w ucho przeciętnego konsumenta rzeczywistości. Na bazie takiej właśnie, zaproponowanej przez algorytm muzyki wyodrębniłem z jednego z nich fragment, który przenosi mnie w świat marzeń i magii. 😉 Gutner marzyciel, dobre co? Prawda jest taka, że nawet we mnie – piewcy racjonalizmu, gdzieś głęboko tli się płomyczek nadziei, że kiedyś ktoś szarpnie nas za ramię i powie – dobra starczy! Już! To musiało się stać, bo…i tu możemy wpisać dowolny, racjonalny z ludzkiego punktu widzenia powód. Najgorsze w otaczającej nas rzeczywistości jest to, że po prostu się dzieje, dlatego że musi się dziać. Z ludzkiego punktu widzenia moim zdaniem to nie do przyjęcia.

17 marca w galerii Agra Art przy Wilczej w Warszawie odbędzie się licytacja jednego z lepszych dzieł Zdzisława Beksińskiego. Obraz został namalowany w 1978 roku i jak większość twórczości Mistrza nie posiada nazwy. Najprawdopodobniej został kupiony przez Piotra Dmochowskiego i znalazł się w 1980 roku w Paryżu skąd został sprzedany do muzeum w Japonii. Po kilku latach trafił w ręce prywatne i obecnie powrócił do kraju. Cena wywoławcza jest śmiesznie niska – zaledwie 80k PLN, przy realnej wartości rzędu 150k PLN. W zeszłym roku odwiedziłem w Paryżu galerię Roi Dore prowadzoną przez wspomnianego marszanda Mistrza i tam obrazy tego kalibru mają ceny wywoławcze rzędu 100k ale euro. Oczywiście są zaporowe, bo Pan Dmochowski nie lubi się „pozbywać” akurat tych prac i dla mnie jest to oczywiste. Jeśli się sprzedawać to za porządne pieniądze – nie ma nic gorszego od robienia z siebie dziwki za grosze. Totalne upodlenie. Tak czy owak jestem naprawdę mocno podekscytowany tym tematem, tym bardziej że jestem w posiadaniu kilku rysunków Beksińskiego i jednej perełki, o której może kiedyś napiszę. 🙂

Całe nasze życie to walka z entropią. Począwszy od porządkowania mieszkania, poprzez zamiatanie posesji, pranie ubrań a skończywszy na operacji wyrostka robaczkowego. Walka bez szans, bowiem w finale i tak wszyscy jesteśmy skazani na klęskę, nie przetrwa NIC co ludzkie – nie łudźmy się. Dlatego ja na dziś rzucam się w wir pracy, sportu – słońce gości coraz częściej więc czas zamienić narty na rower. Byle tylko nie myśleć, byle tylko nie myśleć, byle tylko nie myśleć…

Zdjęcie rentgenowskie – odbitka w morzu czasu – ktoś pokusi się o interpretację? Nie sądzę… 🙂

„Jeśliby nawet spalono mnie w piecu hutniczym, pomyślał, jeślibym sczezł na pył popielny, jeśliby płomień obrócił mnie w smugę dwutlenku węgla, to i tak bym został w drganiach fal, w trwałym promieniowaniu, w wiecznej kliszy odciśniętej w strasznej i niezrozumiałej materii czasu. Znieczulić się, otruć się chwilą, zabić szczyptą zwierzęcego bólu.”

Tadeusz Konwicki

Ostatnio wróciłem do Mistrza słowa pisanego. Tak! Konwicki miał tak bliskie mi myślenie na temat tego co nas otacza, że śmiało mogę tak o nim mówić. Rzeka podziemna, podziemne ptaki – polecam skupić się na kwestii ludzkiej nicości oraz spróbować odnieść narrację odrywając ją od czasów stanu wojennego a przenieść ją na zasadzie porównania do współczesności. Takie podejście IMHO jest ważniejsze niż fabuła, bowiem tę zawsze dotyka ząb czasu. Wówczas czytając coś kolejny raz odkrywamy inny, bliższy autorowi punkt widzenia. To zupełnie tak jak z Siekierezadą – po raz setny odkrywam coś innego, jakiś przekaz podprogowy, coś co nawiązuje akurat teraz do mojego życia w danym miejscu czasoprzestrzeni. Może właśnie na tym polega geniusz twórcy? Zresztą, był taki czas, że bliskim osobom dawałem drukowaną wersję Stachury, ale nigdy nie doczekałem się recenzji i już się nie doczekam. Krew w piach.

No to co? Do następnego! 🙂

Pozdrawiam

Artur Gutner