Fragmentaryczna percepcja rzeczywistości.

Piszę ten tekst siedząc na lotnisku, kiedy się ukaże będę wysoko w powietrzu, gdzieś ponad Afryką. Jestem ostatnio bardzo zmęczony i odkładanie choć kilku dni wolnego na później nie ma najmniejszego sensu, tym bardziej, że znów spore zmiany w życiu a i ferie, to jedyny czas, gdy mam mniej obowiązków. Myślę bardzo poważnie nad usunięciem się z FB, mam polajkowane sporo kontrowersyjnych profili, w których zamieszczane są bardzo różne komentarze. Kiedy tak czytam sobie ludzi, to coraz bardziej skłaniam się ku memu ulubionemu przed laty serialowi, który ekstrapoluję na otoczenie, a mianowicie „Z kamerą wśród zwierząt.” Kwestie racjonalizacji, wyparcia i tunelu mentalnego omówiłem w poprzednich wpisach, więc nie ma sensu do tego wracać – chętni znajdą. Pozostaje kwestia związków przyczynowo skutkowych, czyli uproszczonej wersji zdeterminowanej rzeczywistości. Z przerażeniem stwierdzam, że mało kto potrafi ogarniać w życiu codziennym całość procesów, które dzieją się w wokół nas. Rozumiem ucieczkę w wiarę, alkohol, kompulsywne obżarstwo, ucieczkę pod skrzydła innych ludzi, pracy, niewolnictwa mentalnego, ale nigdy nie zrozumiem jak można wypierać, że coś plus coś równa się rezultat. Po prostu nie jestem zupełnie kompatybilny ze stadem, niestety współczesny świat jest tak skonstruowany, że izolacja z tegoż oznacza praktycznie śmierć społeczną a to wiąże się…ze spadkiem dochodów. 😉 Tak moi drodzy – pieniądze są potrzebne, ale nie dlatego by budować biznes, być lepszym od innych, by kupować kolejne samochody. czy polewać się szampanem w Zakopanem. Potrzebne są by…wygodnie żyć i realizować swoje plany i pasje. Szukam od dłuższego czasu niszy, która pozwoli mi się wyizolować ze stada tak mocno jak się da a jednocześnie pozwoli godziwie żyć i powiem szczerze, że lekko nie jest. 😉Mauritiu

Stoczyłem ostatnio dwie dość ostre potyczki w sieci pod filmikiem dystrybuowanym dość szeroko na FB wśród ludzi o „krótkiej” optyce rzeczywistości jako dowody na to, że za pieniądze nie da kupić się uczucia, bliskości, miłości, przyjaźni, wdzięczności itp. Oczywiście jest to kompletna bzdura, bowiem bezpośrednio oczywiście, że się nie da, ale zasoby tworzą warunki, które umożliwiają rozkwit każdego z wymienionych wyżej, tak bardzo pożądanych stanów relacji międzyludzkich. Tak jak posiadanie zasobów przez człowieka ograniczonego może zabić każdą relację, tak brak owych wśród ludzi nazwijmy to uduchowionych bardzo często jest kołkiem osinowym dla bardzo pięknych układów międzyludzkich. Filmu nie załączam – streszczę go króciutko. Koleś pracuje fizycznie i dużą część wynagrodzenia przeznacza na pomoc innym ludziom. Wspiera chorą dziewczynkę, daje datki na kalekich, udziela się finansowo kupując staruszce z bloku owoce i wieszając na klamce. W czym zatem problem? Wszak altruizm to bardzo pożądana rzecz!? Otóż w tym, że altruizm nie istnieje, co już wyjaśniłem w poprzednich felietonach, ale nie tu jest przysłowiowy pies pogrzebany, a tu, że ludzie publikujący ten film używają go jako dowodu na to, że warto dawać i że za pieniądze nie kupi się emocji. Kompletna bzdura, bowiem co innego robi bohater owego krótkiego klipu? Kupuje sobie innych ludzi, pod pozorem altruizmu! Pół biedy jeśli nie liczy na zwrot z inwestycji (są tacy ludzie, ale mocno rozwinięci mentalnie), gorzej jak myśli, że karma do niego wróci. 😉 Może się potężnie rozczarować. Wystarczy, że przestanie się dzielić i wówczas niech sprawdzi ilu z tych, w których wierzył nadal będzie z nim? Mogę się założyć, że niewielu.

Przytoczę tu nieocenionego Zdzisława Beksińskiego, który temat altruizmu i dzielenia się rozebrał na drobne już w latach 60tych ubiegłego wieku, przy czym on naprawdę miał czyste intencje chcąc pomóc, w przeciwieństwie do 90% tego co nas otacza, bierze udział w aukcjach charytatywnych, wspomaga szemrane fundacje itp.

„„Uważa Pani, że płacę za to, że nie chcę być skurwysynem? Jeśli mogę, to staram się każdemu pomóc na tyle, na ile mogę, i rzeczywiście zaczynam już wątpić w to, czy uda mi się zostać świętym Franciszkiem, bo ptaki nie siadają mi na ramionach, a ludzie zaczynają obwiniać mnie o wszystko. Czy opowiadałem Pani, jak w Sanoku skończyło się dla mnie kilka prób dobroczynności? Pewnie tak, ale jedną historyjkę powtórzę. Na rogu naszego ogrodu rosła duża grusza, a na niej i pod nią w trawie setki soczystych ulęgałek. Za ogrodem była szkoła. Jakieś dziecko stanęło za płotem i poprosiło o gruszkę. Podniosłem z trawy i pomny lekcji z „Dziadów” Mickiewicza, podałem mu ją przez płot, aliści jak spod ziemi pojawiło się kolejne dziecko z tą samą prośbą. Za nim kolejne i jeszcze kolejne, bo akurat skończyły się lekcje i szkoła wypluła ze siebie wrzeszczącą bandę gówniarzerii. Chodziłem jak wahadło od drzewa do płotu i podawałem gruszki. Skończyły się te w trawie, więc zrywałem te, które były w zasięgu ręki, ale po pewnym czasie nie było już nic w zasięgu, a drzewo było za wielkie i za grube, by nim trząść. Drabiny nie miałem. Powiedziałem więc z uśmiechem, że koniec z gruszkami, i wtedy skończyły się prośby, a dowiedziałem się, że jestem psim i chyba rybim chujem, a nawet poleciały w moją stronę ogryzki.

Zdzisław Beksiński

Tak – widzisz przedstawienie  a nie wiesz jako ono się ma do samej rzeczy. 🙂

Na koniec polecam świetne dźwięki, które od kilku dni przeszywają moje uszy w pętli. Być może mam tego cholernego aspergera, bo to niemożliwe aby mieć aż takie tendencję do zatapiania się w schematach, szczególnie dźwiękowych. Po prostu – wówczas czuję się dobrze.

Do zobaczenia za tydzień, będę pisał.

pozdrawiam

Artur Gutner