Suma strachów, czyli czego jeszcze się boję?

Jako młody, nieukształtowany człowiek wtopiłem się w stadny nurt konsumowania rzeczywistości, co zresztą szybko zaowocowało w postaci tak zwanych sukcesów. Kiedy człowiek jest zdeterminowany i chce wyrwać się z biedy ma potężną przewagę nad „lepiej urodzonymi” konkurentami w postaci autentycznego napędu do życia. To dotyczy zresztą wszystkich sfer, nie tylko materialnych. Deficyt w połączeniu z odpowiednio ukształtowaną ambicją pozwala uzyskać na platformie życiowej bardzo wiele, przede wszystkim ze względu na to, że skakanie po szczeblach społecznych daje satysfakcję, tożsamą z tą którą uzyskujemy w czasie wygranej w kasynie, czy podczas robienia interesów, które łączą się z podwajaniem majątku. Niestety, za rogiem czai się pułapka (nie dla wszystkich – tylko dla tych skazanych na myślenie) w postaci nadmiaru wolnego czasu, który zmusza do myślenia. Gro współczesnych po prostu walczy o przetrwanie, kredyt, nowy dom czy działkę, aby zaimponować sąsiadom i póki ich życie wypełnione jest ciągłymi sztucznie generowanymi wyzwaniami po prostu nie mają czasu na przystanek i myślenie. Zazdroszczę im, bowiem widzę też po tamtej stronie lustra część siebie, która już nie istnieje i nigdy się nie odrodzi – dziś jestem wyłącznie sumą ran, które sam sobie zadałem – wiem już o tym na pewno. Beton, ludzi pozbawionych umiejętności myślenia, karierowiczów i innych zatopionych w iluzjach upraszam o milczenie i próbę przeczytania ze zrozumieniem poniższego cytatu…

„Zrozumiałem, że nienawiść rani silniej tego, kto nienawidzi. Wielokrotnie zadałem sobie takie rany i jestem przez to popierdolony emocjonalnie.”

Tomek Beksiński

Aby było łatwiej może napiszmy czego się nie boję…

– nie boję się śmierci (nie mylić z umieraniem, który to proces jest totalnie odhumanizowany, dlatego też jestem zwolennikiem kapsuł umożliwiających odebranie sobie życia w sposób cywilizowany, miast zdychania na nowotwór czy innego rodzaju chorobę, która niszczy latami podstępnie. W chwili, gdy przestajemy istnieć nasze problemy, radości, smutki, emocje ulegają unicestwieniu. Antynatalizm to klucz.

– nie boje się bandytów, póki mam sprawne ręce, uprawiam sport, radzę sobie z codziennością spokojnie odeprę ewentualny atak, zresztą pewnie dlatego, że potencjalny napastnik wie, iż nie będę łatwą ofiarą często odpuszcza. Ten świat jest tak skonstruowany, że krzywdzeni są ludzie słabi, mocni radzą sobie mimo iż często oznacza to zadawanie sobie samemu cierpienia.

– nie boje się bankructwa, mam na tyle wiedzy i umiejętności, że podniosę się po ewentualnej porażce. Życie sprawiło, że już nie tracę czasu na rozpamiętywaniu źródeł klęsk za to skupiam się na przyszłości. To jedyne co mi (i Wam) pozostało.

Można by tak wymieniać bez końca, zatem skupmy się na tym czego się boję…

  • nieuleczalnej choroby, bowiem w lokalnym, skoorwiałym do cna, kastowym środowisku lekarskim jestem bez szans na choćby złagodzenie bólu bez koneksji i układów. Kiedy leżałem w szpitalu z potwornie połamaną ręką na skutek wypadku konsekwentnie odmawiałem poza formalnej pomocy ze strony znajomych, bowiem uważałem, że chce być traktowany jako przeciętny Kowalski w takiej sytuacji. Mało tego, jakiekolwiek działanie kogokolwiek trzeciego w tej sytuacji wzbudziło by we mnie wstręt i niechęć do samego siebie, co nie znaczy oczywiście, że zawsze miałem tak skrystalizowane poglądy. Byłem dziwką, jak każdy z nas, ale więcej już nie chcę, bowiem to nas odczłowiecza, a człowieczeństwo jest jedyną wartością wyróżniającą nas od zwierząt. Czy to ma jakieś znaczenie? Obiektywnie żadnego bowiem jest to wyłącznie ocena, subiektywnie tak, albowiem każdy człowiek to osobne przedstawienie.
  • mafii sądowo prawniczej, ze wskazaniem na nasz kraj, bowiem kasta ta dysponuje skutecznymi środkami do pozbawienia każdego człowieka zdrowia, majątku, wolności, przy czym korupcja w kręgach palestry sięga zenitu. Jako weteran licznych ław sądowych, począwszy od cywilnych, poprzez sądy pracy a skończywszy na rodzinnych mogę powiedzieć jedno. Do sądu w RP po wyrok (nie sprawiedliwość) mogą iść wyłącznie ci, którzy już nie mają czegokolwiek do stracenia. „Losowość” rozstrzygnięć, koneksje, układy, lokalne piekiełka powodują, że nigdy nie ma pewności co do rezultatu sporu, nawet jeśli mamy niemal pewność w dowodach. Jeśli ktoś liczy w tym wypadku na szczerą analizę przedmiotu sporu to jest po prostu naiwniakiem. Tu nie chodzi o sprawiedliwość a wyłącznie o fasadę, zatem jeśli lubisz hazard idź do sądu. 😀 Może się okazać, że wyjdziesz stamtąd goły jak przysłowiowy święty turecki.

Przy okazji powoli będę się żegnał z tym blogiem, to już trzecia odsłona mojej alternatywnej osobowości, wygenerowana przez środowisko w jakim egzystujemy. Nie wiem co będzie dalej, być może pewnego dnia po prostu skasuję wszystko tak jak robiłem to już dwa razy w przeszłości? W sumie to i tak bez znaczenia. 🙂

Pozdrawiam serdecznie

Artur Gutner