Recenzja filmu, który dobiegł końca.

Przypomniał mi się Zdzisław Beksiński, który kiedyś powiedział coś takiego, że człowiek starzejąc się czuje upływ czasu i zbliżający się kres wszystkiego, a chciałby ciągle „oglądać ten film”. Nie wiem jak w przypadku Mistrza, ale jeśli ja, chciałbym oglądać jakiś film bez przerwy, to byłby to Hel w latach osiemdziesiątych, gdy na cypel nie można było ot tak sobie wjechać, tylko przekraczało się podwójną obsadę wartowników (chyba, że pociągiem, ale to bez przystanku), miasteczko było ciche i nieco odizolowane, a turystów w porównaniu do dziś garstka, parzący piasek, znienawidzone dziś parawany i wszechobecne meduzy. Jeśli ktoś nie siedział w czasach, gdy wymiana korespondencji z ukochaną osobą trwała często tydzień, lub dłużej na betonowym murku, na samym końcu portu, zalewany raz po raz chłodną bryzą i oświetlany gorącym, wręcz parzącym słońcem, jakiego dziś już nie ma (nie wiem czemu, ale to nie iluzja), ten nigdy nie dowie się o czym piszę. Ten prąd przeszywający całe ciało kształtował w nas coś, co zwałem później linkiem. To chyba rodzaj iluzji, bądź wrażenia stopienia z drugą osobą, rzecz bardzo rzadka, wręcz unikalna i bardzo niebezpieczna, bo skrajnie może zabić albo okaleczyć na zawsze. 🙂
Zawsze czuję się jak cienias pisząc takie rzeczy, bo obnażam swoją słabość, a w dzisiejszych czasach to tak jakby chodzić po NY ze szczerą twarzą, czyli identycznie jak po Warszawie z gołą doopą, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że to efekt programowania w dzieciństwie. Te wszystkie mechanizmy obronne, jakie życie w nas wykształciło można zrzucić tak naprawdę tylko w takich sytuacjach, z odpowiednią muzyką w słuchawkach i bez obecności innych ludzi. Chyba skoczę sobie na Hel jak tylko się ociepli, może jeszcze nie będzie za dużo tłumów? Wycieczka cyplem na rowerze z Władka, spacer po plaży, trochę popływam na desce, przed sezonem pewnie będzie spokój? Później siądę w porcie na betonowym nabrzeżu rozgrzanym wiosennym słońcem, oprę plecy o mur i będę oglądał…swój film, morze obsypie mnie srebrnym pyłem, a słońce wypali kolejną zmarszczkę na mojej twarzy. Eskapizm? Who cares? Całe nasze życie to iluzja, więc czym różni się ta, którą sami sobie projektujemy od „rzeczywistości” (celowo w cudzysłowie – miałem kiedyś świetnego wykładowcę od rzeczywistości wirtualnej), poza jakością? Kto dziś umie się tak wyłączyć, by śnić na jawie?

Saturator w Kołobrzegu. Stał na wprost dworca, taka śmieszna stalowa budka ze szklanką na łańcuchu. Do pociągu wsiadało się przez okno, ze względu na tłumy, ale ludzi byli życzliwi. Każdy przepuścił, pomógł, pożyczył bilet, żeby wbić się do pierwszej klasy, albo zająć miejscówkę w kiblu. Jechałem do niej ze Szczecina, nie wiedziałem nawet, na którym polu namiotowym jest. Tak naprawdę uciekłem z domu, miałem 15 lat. Włóczyłem się po Dźwirzynie, wiedząc że tam jest, szukałem jej. Po latach dowiedziałem się, że mnie widziała. Szła z innymi ludźmi, ale nie zaczepiła mnie. Podobno ze strachu. Noc na dworcu, zostawiona przez jakiegoś druha saszetka z kanapkami i herbatą uratowała mi życie. Wróciłem obity, brudny, niewyspany z niczym. Czy ja się rozklejam? Nie, ja oglądam swój film.

Rabka. Dziś jest tam hotel, czy ośrodek San Vita, czy coś? Wtedy to był dom wypoczynkowy RWT. Tak, była taka firma produkująca telefony, każdy kto miał aparat  musiał znać te trzy litery. Kręciło się numer taką okrągłą tarczą, czekając długo na połączenie. Zawsze jak do niej dzwoniłem, to siadałem przed aparatem pół godziny wcześniej, aby się uspokoić. Później pięć minut rozmowy i dalej oglądałem swój film, siedząc przy starym drewnianym stole. W kącie, w mroku drzemał dziadek, a na górze na szafie paliło się magiczne oko, starego, lampowego radia, z którego cicho i ciepło brzmiał głos – wita państwa Tomasz Beksiński, dziś w wieczorze płytowym, odsłuchamy znakomity materiał, jakim podzielił się z nami Collage – Living in the moonlight – proszę przygotować magnetofony…Jak dziś czytam, że młody Beksiński to cienias bo nie umiał grać z kobietami, to zwyczajnie pusty śmiech mnie ogarnia. Z czym do ludzi cieniasy!? Z czym do ludzi leszcze barowe! 😀

Zawsze tak się składało, że w życiu dotykałem wszystkiego wcześniej niż rówieśnicy. Wcześniej poznałem smak kobiety, wcześniej wydoroślałem, wcześniej zrobiłem coś, co dziś szczury zwą karierą, bądź jej namiastką, wcześniej straciłem niemal wszystko, wcześniej wstałem z kolan, wcześniej poznałem smak śmierci, rozstania, wszystko wcześniej. A ten film, który oglądam w interesującej mnie wersji, zdaje się dobiegać końca. Chyba mi potrzeba jakiegoś kołcza? Buhahahaha. Ten śmiech jest sztuczny, pełen maski. Może Kierownicę albo dr Matiego poczytam, jak to należy odrzucić przeszłość i iść do przodu a później zorganizuję szkolenie po tysiąc pięćset od łebka pod tytułem jak zrobić biznes?

Czekam na interpretację klipu. 😀 Wiem, że się doczekam. Chyba lepiej zapukać w puste dechy w tartaku. Kiedyś na CB któryś z kierowców powiedział coś takiego – jakby ojciec wbił człona w ścianę to by chociaż miał na czym czapkę wieszać.

Jastrzębia Góra – ośrodek Admirał (kupię zdjęcia z lat 80tych za każde pieniądze), przylądek Rozewie latarnia, Karwia gdzie kończył się świat. Ta historia jest zapisana w sieci, ale nie chcę do niej wracać. Nieliczni ją znają…To były czasy, gdy by poczuć klimat nie trzeba było ładować na fejsa fotki z Copacabana.

Dobrze, że jest Daniel Bloom (wkrótce nowa płyta), Jacek Borcuch i inni, którzy ciągle pamiętają. Wszystko co kocham, nadal są jeszcze ślady tego świata, którego już nie ma, a który rozpadł się dawno temu, w pewnej nadbiegającej z nicości godzinie, a wraz z nim ludzie i to wszystko, co już nie istnieje, a co miało wartość. Wierzę, ciągle wierzę w ludzi, ale ten film, który oglądam dziś, już mi się za bardzo nie podoba, przynajmniej w żywym zakresie tego, co mnie otacza. Zostaną po nas guziki…co najwyżej a i to na krótko.

pozdrawiam

Artur Gutner