Abandoned Dancehall Dreams!

Tak się składa, że mam w tej chwili trochę więcej wolnego czasu więc nadrabiam zaległości muzyczne z kilku lat. 🙂 Jak się wejdzie w klimat muzyki progresywnej to po pewnym czasie okazuje się, że kręcimy się niemal cały czas wokół tych samych nazwisk. Nie inaczej jest w przypadku drugiej płyty brytyjskiego muzyka i tekściarza Tima Bownessa, który zazwyczaj sygnował swoje treści wraz ze Stevenem Wilsonem. Pierwotnie album miał być podpisany przez  No-Man, ale ostatecznie Wilson zajęty realizowaniem własnych projektów prawdopodobnie z braku czasu zrezygnował z kooperacji z Bownessem w zakresie przygotowania tegoż albumu i ukazał się on w 2014 roku jak samodzielny projekt kompozytora.Od razu napiszę, że dla mnie album jest dość nierówny, ale jest to subiektywna opinia, bowiem większość osób znających ten akurat nurt muzyczny twierdzi, że bez problemu znajduje link pomiędzy poszczególnymi kawałkami. Akurat w takim podejściu jest pewna konsekwencja z mojej strony, bowiem bardzo często nie odnajduję poruszających treści na przykład w 9 z 10 utworów na płycie a ten 1 decyduje o tym, że krążek nabiera wartości niemal doskonałej. Tak też jest w przypadku albumu, któremu poświęcam niniejszy tekst. Zawiera on jedną, absolutną perełkę z gatunku tych, które w księżycowej poświacie potrafią dotknąć do żywego, wzruszyć, przywołać wspomnienia, wypełnić dreszczem a także zapłakać nad czymś, co jeszcze nie nastąpiło, ale nieuchronnie nastąpi. W takim wypadku The Pain of Never Almonda schodzi na dalszy plan. 😉

Nie oszukujmy się. Autor i album jest i będzie niszowy w świecie otaczającego nas badziewia, ale akurat tak się składa, że muzyka, szczególnie zaangażowana jest dla ludzi wrażliwych tak pożywnym pokarmem, że w ekstremalnych przypadkach potrafi dać, bądź zabrać napęd do życia. Okej, więc może w końcu czas na ta dam!? Utworem numer jeden z albumu, którego tytuł jest ucieleśnieniem życia każdego z nas ogłaszam!

Smiler at 50!

Proszę przesłuchać całość, jak budowane jest napięcie przez poszczególne sekcje, można niemal wyczuć zrywy i upadki człowieka, który ciągle czuje zapach koszonej trawy, podczas gdy czas i wiek powodują iż bliżej mu do ciemnego realizmu niż różowej otoczki fantazji i marzeń. Dla mnie bomba, choć zdaję sobie sprawę z faktu, że wynika to wyłącznie z tego iż problem przemijania zajmuje mi ostatnio sporo wolnego czasu. Cóż zrobić? Jak mawiał Franc Maurer, ktoś się rodzi księdzem, ktoś kimś innym a jeszcze ktoś rozdrabnia na kawałki każdy szczegół rzeczywistości. Całość moich zimowych przemyśleń wstawię wkrótce na FB w formie playlisty ze Spotify a póki co zapraszam do posłuchania Bownessa na tubce.

pozdrawiam

Artur Gutner

PS: Muzyka doskonale się wpisuje w klimat zatoki zapomnianych hoteli o której wkrótce!