Droga Krzyżowa. :)

Wakacje czas zacząć, a jak wakacje, to oczywiście rower! Co prawda nie są to już czasy 300 kilometrów w jeden dzień, ale zawsze sobie to tu, to tam podjadę. Złamanie ciągle daje się we znaki i do pełnej wydolności daleko, także wybór tras nie jest zbyt duży. Tak się złożyło, że los znów rzucił mnie w Beskid Żywiecki, co ciekawe, kiedy naprawdę zależało mi, aby poznać bliżej te okolice i ludzi tu żyjących, okazało się, że chcieć to sobie mogę. 🙂 Jak zawsze w życiu – już kiedyś opisywałem ten mechanizm, dostajemy to czego chcemy, kiedy nam już nie zależy, wówczas nagle okazuje się, że coś, co wydawało nam się niebem na ziemi jest zwykłym, przeciętnym kawałkiem codzienności. Ale nie dziś, bowiem okolice, których dotknąłem, przeniknęły mnie do żywego!

Krótko po 18tej zalogowałem się w hotelu w Jeleśni. Fajny, schludny budynek, przemiła obsługa, w pobliżu fajna karczma, którą znałem już wcześniej. Tak się składa, że często nadajemy magiczne znaczenie miejscom, które dla innych nic nie znaczą lub niewiele. W ogóle to chyba tak jest, że wszystko jest nic nie warte do czasu, póki my sami…nadamy temu wartość. Ściągam rower z bagażnika i pedałuję w dół drogi. Po pewnym czasie zakręt w lewo i zaczynam wspinać się niewielkim wzniesieniem. Celem są okoliczne wzgórza, których magia spowijajacych ich mgieł niedyś nie dawała mi spać. Dziś jest piękne słońce, chowające się powoli w dolinach, ciepłe powietrze i miliardy koników polnych. Szczerze mówiąc to nigdy nie słyszałem takiej uwertury w ich wykonaniu jak tu, no może w Tworylnem kilka lat temu? Nie, tam jednak było ich więcej i grały głośniej.

Mijam ludzi, domy, świat z innej bajki, świat,  w którym czas się zatrzymał wymieszany jest z tym na wskrość nowoczesnym. Urocze wzgórza zalane słońcem zdają się unosić w falującym od upału powietrzu nadając perspektywie magicznej mocy. W końcu docieram do celu krótkiej wyprawy. Wodospad w Sopotni Wielkiej jest największym w tej części Polski. Długa kaskada zamieniająca się w spadający z dziesięciu metrów nurt robi  wrażenie. Od razu siłą rzeczy zastanawiam się, czy dałoby się to spłynąć kajakiem? Pewnie tak, ale głębokie na prawie pięć metrów zagłębienie w korycie rzeki z silnym prądem wstecznym każe zastanowić się, czy to realne? Dla wybitnych kajakarzy pewnie tak, ja bym się nie podjął. 🙂

Napawam się zapachem mgiełki wodnej, rześkiego powietrza i rosnącej wokół jarzębiny. Czas wracać – koło marketu odbijam w dół by po chwili, obok przewróconej tabliczki z napisem Krzyżowa ruszyć pod spore wzniesienie. Trud wspinaczki opłaci się z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że udaje mi się złapać zachód słońca, drugi taki, że zjazd w dół jest po prostu fenomenalny!

Downhill to zawsze wisienka na torcie kolarstwa górskiego, tym razem licznik momentami wskazuje 65km/h. Kontruję od czasu do czasu, bo nie mam nawet kasku – nie spodziewałem się takiej frajdy! Dojeżdżam do Krzyżowej, gdzie na skrzyżowaniu okazuje się, że mam całkiem blisko do Dablina. 😉

Emigracja to chyba przyszłość, ale póki co wracamy do tu i teraz. Szybki zjazd w dół i już jestem w karczmie. Przy barze siedzi niesamowicie gruby i pijany koleś, stawiam mu piwo i przenoszę się do głównej sali. Fajne miejsce, na środku drzewo podtrzymujące sklepienie, w rogu stary piec kaflowy, na ścianach drzeworyty. Chyba już wiem czemu ludzie uciekają stąd w pogoni za wielkim światem.

Zostawię to dla siebie, choć pewną wskazówką dla dociekliwych niech będzie to, że rzadko się zdarza, aby azyl oznaczał spełnienie pragnień. Wszystko spowszednieje, przeminie, zgaśnie. Czas spać – zajebisty dzień i piękne okolice. Trochę żałuję, że nie dane mi było w czasach młodości być tu i teraz. Cóż? Życie nie śpi – jutro kolejny, ciekawy dzień!

pozdrawiam

Artur Gutner