Na ziemi ognia i lodu cz.2

Kocham Islandię! Dlaczego? Bo to takie wielkie Bieszczady! <3
 
Keflavik przywitał nas wspaniałym zachodem słońca, człowiek z wypożyczalni IcePol nieco się spóźnił, ale dogadaliśmy się od razu – wszak to nasz rodak. 😉
 
Bierzemy starego Nissana Terrano i ruszamy w interior. Czemu starego? Bo jak wspominałem –  żadne ubezpieczenie nie obejmuje np szyb, a podróżując poza jedynką, pajęczynka jest niemal murowana. Przegryzłem ten temat na wiele sposobów i zwyczajnie nie ma sensu brać żadnej nowej bryki nawet w wersji 4×4, bo koszty pójdą w kosmos. Wiem o czym mówię, bo piszę ten tekst pijąc piwo za 54 PLN. 😀
 
Polecam IcePol, gdyby ktoś jechał, bo oferują stare, ale sprawdzone samochody oparte o klasyczną ramę, które poradzą sobie w interiorze, więc jeśli chcesz… poszaleć na czarnej plaży, spędzić noc na klifie, wjechać tam, gdzie inni nie wjadą, to? IcePol! 😀
 
Sorry za reklamę, ale Terrano spisuje się znakomicie, mimo że mosty wyją, kiera jest wytarta a wsteczny wchodzi za siódmym razem. Nie zamienię go na nic, bo napęd na cztery łapy plus rama = życie.

 
Wstaję o 6 rano, Gosia jeszcze śpi, wybieram się na przechadzkę po miasteczku, w którym zatrzymaliśmy się na noc, klimat, atmosfera, zapach morza, zaułki, pełny spokój i brak jakiegokolwiek ruchu uspokaja. Czas się zwijać, ruszamy na zakupy do Bonusa a później zgodnie z planem most łączący Amerykę z Europą, ciekawe miejsce, gdzie wyraźnie widać pęknięcie w płytach tektonicznych owocujące oddzieleniem się kontynentów tysiące lat temu. Gosia robi sobie fajne selfie podtrzymując niejako most łączący obie platformy. Dziś w planach jeszcze Krisuvik, obficie dymiący, aktywny wulkan, Hveragedi, czyli źródła geotermalne z doskonałym kąpieliskiem, z którego bez skrupułów korzystamy. Po drodze wiele innych, drobnych atrakcji, których nie sposób wymienić, jak chociażby spotkanie z kochanymi psiakami na jednej z czarnych plaży, gdzie dojechaliśmy wyłącznie dzięki niezawodnemu Terrano. 🙂
 
Czas spać, siedzimy w knajpie, która w logo ma napis „in the middle of nowhere” – to jest chyba to, czego mi dziś najbardziej potrzeba. 🙂
Po nocy spędzonej na kempingu w Skjol budzi nas deszcz. Na szczęście szybko przestaje siąpić, śniadanie, prysznic i ruszamy dalej ku islandzkiej przygodzie. Na pierwszy ogień idzie wodospad położony dość blisko miejsca naszego biwakowania, zwany złotym. Gullfoss Waterfall jest jednym z większych w Islandii, składa się z dwóch kaskad, z których pierwsza ma 11 metrów a całość 21 metrów. Wrażenie niesamowite i porównywalne ze słynnym wodospadem Niagara.
 
Jedziemy dalej, po drodze oglądając wiele ciekawych miejsc, jak chociażby groty czy punkty widokowe by po chwili wpaść na ekipę wodującą kajaki na pobliskiej rzece. Gosia nie omieszka oczywiście wskoczyć na wysoką skałę i pomachać znikającym za zakrętem śmiałkom. 😉
 
Zmierzamy w kierunku słynnego wulkanu Hekla Volcano, którego erupcja kilka lat temu spowodowała wstrzymanie niemal całego ruchu lotniczego w Europie. Chodzi nam po głowie wejście na szczyt, ale po sprawdzeniu danych pogodowych rezygnujemy, tym bardziej, że szczyt jest zawsze spowity chmurami, skuty lodem, obok którego wykwitają plamy czarnego pyłu, z których dość obficie się dymi. Brak niestety widocznego krateru, choć wokół bez przerwy tabliczki informujące o możliwości erupcji, oraz że od czasu wystąpienia wstrząsu ma się 40-70 minuta na oddalenie się. 😉 Zjeżdżamy w interior, Nissan spisuje się znakomicie z łatwością połykając szutrowe odcinki dróg, bez przeszkód też pokonujemy dwie płytkie rzeki, zatrzymuje nas dopiero zamknięta ze względu na oblodzenie droga. 🙁 Zawracamy i…przez przypadek wpadamy na zaginione w samym środku dzikiej przyrody farmę, kemping – Landmannahellir. Brak prądu, kilka domków, konie, przepiękna dolina! Przygotowujemy jedzenie – smakuje wybornie! Czas na powrót, niestety po własnych śladach.
 
Znów asfalt i znów zjeżdżamy w teren, by po chwili przez przypadek wpaść na kolejny, nieplanowany wodospad! Hjálparfoss po islandzku oznacza „wodospad pomocy”. Dawno temu w tym miejscu wędrowcy poili konie.
 
W pobliżu szutrówki prowadzącej do wybrzeża napotykamy porzuconego Kraza! Gosia próbuje wejść do szoferki i wtedy okazuje się, że…są tam czyjeś rzeczy a drzwi…niemal odpadają, zamocowane jakimś drutem. 🙂 Jak widać Krazy są nieśmiertelne i żyją na każdym kontynencie. Jedyna wada spalanie – 100l/100km. 😀
 
Kolejny wodospad, który wpada w nasz obiektyw to Seljalandsfoss, smaczku dodaje fakt, że jest już dość późno i mimo, że słońce praktycznie nie zachodzi o tej porze, to udaje nam się połączyć ferie barw ze spadającej wody, okolicy i nisko położonego, „udającego” zachód słońca. Efekt na foto. 🙂
 
Na koniec dnia miejsce absolutnie niesamowite z listy „must touch” w Islandii a mianowicie basen położony w niecce między szczytami gór zasilany na bieżąco ciepłą wodą ze źródeł geotermalnych. Seljavallalaug został wybudowany w latach 30tych ubiegłego wieku i do dziś stanowi mekkę wszelkich wędrowców szukających tego co kraj ognia i lodu może zaoferować.
 
Szukamy noclegu i czas na sen. Jest północ a jasno jak w dzień. Jutro ciąg dalszy!
« 1 z 6 »