Dlaczego Tomka nie można było uratować?

Ostatnimi czasy Pan Wiesław Weiss przy okazji premiery książki Tomek Beksiński. Portret Prawdziwy, wysnuł tezę, że samobójstwo Tomka było przypadkowe, że on do końca nie chciał umierać, tylko zły zbieg okoliczności sprawił, że stało się najgorsze. Za zaplanowaniem odejścia przemawia między innymi ukrycie kluczy do jego mieszkania, będących w gestii ojca, ale jest też wiele faktów przeczącym temu, że chciał on w pamiętne święta 1999 roku rozstać się ze światem. Między innymi prośba do ojca o nagranie kilku pozycji z TV, celem późniejszego obejrzenia, rozmowy z przyjaciółmi, ogólne nastawienie do życia, wspomniane między innymi przez Wiesława Weissa i tak dalej. Co zatem stało się 24 grudnia 1999 roku?

 

 

 

Jak wiemy okres świąt dla ludzi nadwrażliwych jest okresem szczególnym. W przypadku Tomka nie chodziło oczywiście o kwestie wiary, tylko o fakt, że większość ludzi jest wówczas skupiona na własnych rodzinach, sprawach, przygotowaniach i świątecznej atmosferze, a do reszty spraw, w tym kontaktów z bliższymi i dalszymi znajomymi podchodzi się w sposób sztampowy. Ot życzenia, pozdrowienia, krótka rozmowa i wyciszenie. Tego wieczoru Tomka dopadły zapewne rozterki egzystencjalne, jak wiadomo miał on w pokoju słój, do którego od dawna wsypywał zapisywane mu przez lekarzy tabletki na stabilizację nastroju. Zebrało się tego na tyle dużo, że połknięcie niewielkiej części z nich mogło doprowadzić do śmierci. Bexa próbował dzwonić w ten wieczór do kilku osób, ale nikt, poza Anią Orthodox nie odebrał. Ta ostatnia oczywiście wyczuła w głosie, że coś jest nie tak i natychmiast powiadomiła jego ojca, który jak wiadomo nie mogąc znaleźć kluczy do mieszkania syna postanowił nie interweniować, mimo że był pod jego drzwiami i próbował się dostać do środka. Powstały tu liczne spekulacje, że oto „wyrodny” ojciec pozwolił się zabić synowi nie niosąc mu pomocy. Jak było naprawdę nie dowiemy się już nigdy, nie mniej jednak w tym tekście chciałbym się skupić nie na przebiegu zdarzeń, planach, czy zaniechaniu, ale na emocjonalnych aspektach jego kroku.

Wiele wskazuje na to, że redaktor Weiss ma rację twierdząc, że ta śmierć była dość przypadkowa a nie zaplanowana, zapewne zły nastrój, ciemne demony i totalne obniżenie nastroju dopadło go jako skutek braku możliwości skontaktowania się z osobami, na których mu zależało. Człowiek nadwrażliwy wszystko odczuwa dziesiątki razy mocniej niż przeciętny zjadacz chleba i to co dla jednego byłoby zwykłą niemożliwością dodzwonienia się do kogoś, dla innego może być przyczynkiem do poczucia odrzucenia, osamotnienia, zmarginalizowania i poczucia, że jest się niepotrzebnym, bądź potrzebnym warunkowo, to znaczy tylko wówczas, jeśli ktoś ma jakiś interes. Oczywiście natura świata jest czysto transakcyjna, ale jak wiemy, Tomek (i nie tylko on) nie mógł się z tym pogodzić. Tu przypomnę może znany cytat:

„Nie jestem z natury nieużyty i chętnie dzielę się wieloma rzeczami, ale z czasem zauważyłem ze zgrozą, że jest to układ jednostronny: ja daję, a ktoś bierze. Zawsze ktoś coś bierze! Stałem się stacją obsługi. Zrobiłem więc bilans strat i zysków i odkryłem, że wszystko, do czego w życiu doszedłem, zawdzięczam wyłącznie moim rodzicom i sobie, a wszystkie straty zawdzięczam innym.”

Rozpoznanie prawdziwych motorów postępowania większości ludzi może być destrukcyjne, tym bardziej, że spotkanie kogoś, kto wyłamuje się ze schematów jest współcześnie bardzo trudne. Ludzie nie sięgają percepcją dalej niż rachunki, obiad, wakacje i pracę, a tymczasem Cała Jaskrawość, przy jej niezaakceptowaniu może zabić w krótkim czasie. Wyparcie jest kluczem do egzystencji, kroczy ono wespół z racjonalizacją, jest to zresztą uwarunkowane genetycznie, bo inaczej samolubne geny, których jesteśmy reproduktorami nie mogły by ewaluować i przetwarzać się. Tomek lubił zapraszać znajomych na Chińczyka, stawiał obiady, zajadał się „napalmem”, ale kiedy zorientował się, że jest to układ jednostronny, postanowił zrobić eksperyment i przestać ich zapraszać. Co się stało? Zupełnie nic – znajomi zniknęli, a najpewniej się obrazili, podobnie zresztą jak w historii z gruszkami opisanej przez Zdzisława Beksińskiego, kiedy to dawał on owoce z własnego sadu dzieciakom w Sanoku. Póki były i się nimi dzielił, wszystko było OK, gdy się skończyły został wyzwany od najgorszych. Tak funkcjonuje świat i może to być źródłem ciągłej frustracji i stresu dla kogoś, kto widzi dalej, czuje mocniej, rozumie więcej.

Kolejny cytat nim przejdę dalej:

„Większość przyjaźni na tym świecie zawieranych jest właśnie po to, żeby na kimś żerować. A gdy w końcu masz dość i zamykasz kramik, „przyjaciele” przestają cię poznawać na ulicy. Przez wiele lat lubiłem zapraszać znajomych na kolacje do chińskich restauracji. Ostatnio musiałem z tego zrezygnować, gdyż zapożyczyłem się a conto pewnej inwestycji i ledwo wiążę koniec z końcem. Prawie nikt z „dożywianych” przeze mnie ludzi nie wpadł na pomysł, żeby mnie gdzieś zaprosić. Po prostu przestali do mnie dzwonić, bo po co? W dodatku to kosztuje.”

Święta, depresja, nowe stulecie, niezrozumienie i brak perspektyw, bo co jeszcze mógł osiągnąć, kiedy chciał tylko jednego – szczęśliwej miłości, bez której wszystko, każdy sukces, zdarzenie, radość, plan, pomysł wydaje się niewart niczego. Aby to zrozumieć trzeba wejść w skórę ludzi, dla których kolejny samochód, sukces w biznesie, impreza, dom, są nic nie wartymi atrybutami, jeśli nie ma się z kim nimi podzielić. A Tomek dawał wiele, za wiele jak powiedziała jedna z porzucających go kobiet. Tu przypomina mi się pewien mój znajomy, który dość często radzi się mnie w kwestii problematycznych kobiet, z którymi bez przerwy ma do czynienia. Otóż opisuje mi on swoje działania (spontaniczne) i próbuje szukać odpowiedzi, dlaczego po raz kolejny został odstrzelony, lub odrzucony przez kobietę, co do której miał plany. Otóż odpowiedź jest prosta – współżycie ze stadem wymaga gry, którą oczywiście mój znajomy zna. Wie, że nie należy być zbyt dostępnym, nie otwierać się zbyt szybko, utrzymywać niedopowiedzenia, nie odpowiadać wprost, zwlekać z reakcją, pojawiać się i znikać. Prosta recepta, która działa na 90% kobiet na tym łez padole. Dlaczego zatem mu nie idzie? Bo nie chce grać. Jak ktoś mu się podoba, to mówi to, jeśli czuje się źle, to wyraża to, jeśli uważa, że kobieta zachowuje się głupio, to mówi to, jeśli kocha, to też oznajmia –  ten sposób trafia zawsze na boczny tor. Tak on jak i Tomek nie mają szans na relację z kobietą na swoich, ludzkich przecież zasadach. Oczywiście gros kobiet powie, że gadam głupoty, bo taki facet to skarb, ale to oczywiście będzie projekcja, bo czym innym jest świadomość, która każe kobiecie szukać takiego właśnie partnera, a czym innym podświadomość, która domaga się emocji, tajemniczości, zaskoczenia, niepewności! Oczywiście kumpel ma diametralnie inne podejście do życia niż Tomek, po prostu kolekcjonuje wrażenia, ale też…cierpi, co ukrywa pod maską arogancji, buty, często nawet chamstwa. Jedna z moich znajomych stwierdziła, że jest on chamem i dziwi się, że ja się w ogóle z nim zadaje. Odparłem jej, że może on i jest chamem, ale to efekt wtórny zadawania się z kobietami jej pokroju. Spotkanie osoby, nie dzieląc na płeć, z którą można porozmawiać, czy spędzić czas bez sztuczności jest niezwykle trudne, a tym trudniejsze im bardziej jesteśmy wrażliwi. Wówczas na zasadzie kontrastu przyciągamy wręcz ludzi z drugiego bieguna, co pogłębia tylko frustrację.

Czy zatem Bexa był do uratowania?

Nie! W tamten wieczór zdecydowanie tak, ale byłoby to wyłącznie przedłużenie agonii. Życie z wypalonym wnętrzem, bólem, pustką egzystencjalną jest piekłem i nie różni się od cierpienia fizycznego. Zrozumiał to zresztą Zdzisław Beksiński, który zaakceptował decyzję syna, już pisałem nie raz – to najwyższa forma miłości jaka istnieje na ziemi, tej ziemi. Ludzie ratują cierpiących bliskich niemal zawsze w imię własnego egoizmu, po prostu nie wyobrażają sobie utraty kogoś, nawet jeśli oznacza to dla tej osoby cierpienie.

Czy zatem ktoś mógł mu pomóc?

Tak, ale nie lekarz, nie ojciec, nie pigułki, tylko zwykła, niezwykła kobieta ukształtowana zgodnie z zasadami natury, czerpiąca garściami z wybranego mężczyzny, naśladująca go, próbująca uczyć się od niego, dążąca do wspólnoty, dająca ciepło i zrozumienie. Taka była Zofia Beksińska – niestety, takich kobiet już niemal nie ma, a trafienie na taką, gdy jest się osobą publiczną jest niemożliwe. Dlaczego? To proste, tak jak do pięknej modelki przebije się niemal zawsze troglodyta, tak do człowieka z potencjałem kanalia. Tak działa statystyka, a my niestety podlegamy jej prawom – tu nie ma miejsca na współczucie, zrozumienie, wzajemność – jest tylko czysty interes. Najgorsze jest to, że większość „interesownych” kobiet mogłoby „wykorzystując go” odpowiednio, osiągnąć wszystko w sensie społecznym, materialnym, egzystencjalnym – warunek? Odpowiednie podejście. To były czasy, gdzie u Beksińskich nie brakowało już zasobów i Tomek był gotów się nimi zawsze podzielić. Chciał jednak wzajemności, a ta jest zarezerwowana dla psychopatów.

Tomek miał nadzieje, że nie istnieje nic po śmierci i jest ona ostatecznym uwolnieniem od męki życia wśród ludzi. Do końca nikt nie wie jak jest naprawdę, ale wszystko wskazuje, że to nie koniec, choć to temat na osobne rozważania. W każdym razie on już nie cierpi, a jakie to było cierpienie to wystarczy posłuchać tembru jego głosu, gdy mówi o sprzęcie, który nie ma prądu – polecam ten fragment, jest gdzieś u mnie na FB wycięty celowo z Dziennika Zapowiedzianej Śmierci.

Wołał o pomoc – każda jego maska, poza, śmiech, żart, niespodzianka, były krzykiem niemego nadwrażliwca, który chciał tylko jednego. Aby ten drugi domyślił się, że on cierpi. Z drugiej strony, gdyby nie ból, nie byłoby Opowieści z Krypty, In memoriam i całej tej przepełnionej romantyczną miłością historii. Cierpienie jest paliwem do wszelkiej twórczości, a człowiek szczęśliwy jest na płaszczyźnie duchowej bez szans.

„Po jakimś czasie człowiek już nie wierzy w szeroki świat i lepsze jutro. Po jakimś czasie zaczyna żyć przeszłością, wspomnieniami kilku radosnych chwil, a potem – w konsekwencji – fikcją. Tylko po co? Zgorzknienie, cynizm, sarkazm i nieufność „zaszczutego zwierzątka” to niezbyt udany przepis na życie. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Zrozumiałem, że nienawiść rani silniej tego, kto nienawidzi. Wielokrotnie zadałem sobie takie rany i jestem przez to popierdolony emocjonalnie. Nie zależy mi na dobrej pozycji, sukcesach, pieniądzach i rozrywkach.  Tak samo jak Ty pragnę oparcia w drugiej osobie, w miłości. Pragnę otworzyć się przed kimś bez reszty i liczyć na wsparcie, na ciepło, na uczucie. Wierzyć, że ten ktoś mnie nie wyśmieje, nie zdradzi, nie opuści. Wówczas najsilniejsza wichura mnie nie zwali, a z każdym problemem sobie poradzę, bo „ona jest ze mną”.”

Mógł przenieść góry, zdobyć świat, napisać wiersz, kupić wyspę, nagrać jeszcze setki audycji. Niestety, żadna nie była z nim do końca…

Artur Gutner