Nic nie zawodzi tak jak buk.

31 marca 2006 roku, w znanym i poczytnym dzienniku New York Times ukazał się pewien krótki felieton dotyczący badań nad…skutecznością modlitwy w zderzeniu z rzeczywistością. Wyniki rozprawy prowadzonej metodami naukowymi i kosztującej 2,5 miliona dolarów były porażające dla szamanów. Próbka reprezentatywna objęła ponad tysiąc osiemset osób, które chorowały na różne przypadłości i obejmowała wpływ świadomej, nieświadomej, a także braku modlitwy w ich intencji, na proces zdrowienia. Smaczku dodaje fakt, że eksperyment ten był finansowany przez różnego rodzaju organizacje chrześcijańskie i miał w założeniu wykazać, że modły w intencji chorych wpływają na szybkość rekonwalescencji osób, których dotyczą. Jako, że rezultaty okazały się być porażające dla zleceniodawców, całość zamieciono pod dywan. Co zatem się okazało?

  • pacjenci, którzy nie wiedzieli że się za nich modlono wracali do zdrowia tak samo szybko, jak pacjenci za których się nie modlono.
  • pacjenci, którzy wiedzieli że się za nich modlono, mieli wyższy wskaźnik komplikacji pooperacyjnych.

Ciekawe prawda? Szczególnie w kontekście tego, że za odprawienie modłów trzeba przeważnie zapłacić? 🙂

Pewnie można by olać lub podważać te badania, gdyby nie fakt, że zostały one przeprowadzone metodami naukowymi, a cały projekt trwał niemal dziesięć lat. Wyniki zaskoczyły nawet samych badaczy, którzy abstrahując od bezdyskusyjnych faktów twierdzili, że medytacja może złagodzić cierpienie, inni znów, że wszelkie siły nadprzyrodzone to zwykła strata czasu i zasobów. Ja myślę, że medytacja tak, ale prowadzona wewnętrznie, a nie polegająca na odklepaniu wierszyka za 100 złotych przez faceta w sukience, w intencji kogoś, kto nawet o tym nie wie, tylko zwyczajne ukierunkowanie się ku własnemu wnętrzu, co zresztą potwierdził na konferencji prasowej zorganizowanej po publikacji wyników w American Heart Journal dr Herbert Benson, jeden z liderów projektu.

Przebieg badania wyglądał następująco:

Naukowcy monitorowali 1802 pacjentów w sześciu szpitalach w US, którzy byli poddawani operacji tętnic wieńcowych, przekierowującej krążenie krwi do bypassa wokół zatkanej na skutek zatoru żyły.

Chorzy zostali podzielone na trzy grupy.

  • pierwsza grupa, za którą się modlono została poinformowana o tym fakcie.
  • druga grupa, za którą się modlono nic o tym nie wiedziała.
  • trzecia grupa została poinformowana, że albo będą się za nich modlić, albo nie.

Naukowcy poprosili członków trzech zgromadzeń – St. Paul’s Monastery in St. Paul, The Community of Teresian Carmelites in Worcester, Mass, and Silent Unity, a Missouri prayer ministry w pobliżu Kansas City – o modlitwy, w których duchowni mieli używać imion pacjentów i inicjałów ich nazwisk. Pozostawiono dowolność odnośnie tekstu, ale miała ona zawierać frazę „za szybki powrót do zdrowia po operacji, bez komplikacji”.

Następnie przeanalizowano komplikacje powstałe w ciągu miesiąca po zabiegach i stwierdzono dokładnie to co napisałem we wstępie. Różnic w poszczególnych grupach nie było, za to zaskoczyła jedna rzecz. 59% pacjentów, którzy wiedzieli, że się za nich modli doznała komplikacji pooperacyjnych, versus 51% wśród tych, którzy nie byli pewni. Być może w związku z brakiem podświadomego wsparcia organizmy osób pozbawionych modlitwy z zewnątrz wykorzystały własny potencjał, albo był to przypadek? 😉

Podobnie było w nieświadomej grupie, gdzie 18% pacjentów, za których się modlono doznała powikłań versus 13% wśród tych, za których się modlono.

Reasumując, jeśli chcesz zapłacić komuś za to, żeby się za Ciebie pomodli to z czystym sumieniem możesz te pieniądze przesłać mnie, a ja wykorzystam je w niecny sposób. 😀

pozdrawiam

Artur Gutner

Zródło:

Felieton w New York Times