Bieg katorżnika 2016.

Historia mojego udziału w tej imprezie sięga czterech lat wstecz. Wówczas to pewien oficer z bielskiego batalionu desantowo -szturmowego stracił ekipę do galernika. Zebraliśmy czterech chętnych i pod wodzą pana kapitana ukończyliśmy swój debiut w tym wyjątkowo klimatycznym wydarzeniu, bez strat własnych. Kolejne lata to problemy z poskładaniem czteroosobowej ekipy, ciągłe zmiany, euforia w fazie zapisu, po czym miliony problemów, gdy dochodzi do płatności, albo wyjazdu. Rok temu w ostatniej chwili łapiemy „czwartego do brydża” aż z Poznania. Okazuje się, że chłopak dobrze wybiegany, udaje nam się drużynowo stanąć na pudle. W tym roku zostaliśmy tylko we dwóch. Decyzja krótka, zapisujemy się na „indywidualkę”. Po pewnym czasie okazuje się, że kumpel nie pobiegnie, jego kobieta izoluje go ode mnie, bo moje poglądy mają na niego podobno destrukcyjny wpływ – oficjalnie kłopoty z kręgosłupem. Cóż, są ludzie, którzy lubią hodować innych ludzi, a jeszcze inni w zamian za apanaże godzą się być hodowani. Im bliżej wyjazdu, tym mniej mam ochotę na udział, ale z drugiej strony są pewne zasady, dzięki którym różnimy się od reszty zwierząt. Jedną  z nich jest konsekwencja i dotrzymywanie założonych celów. Maratończyk nie poddaje się! 🙂

Startuję bardzo późno zapominając zupełnie, że jest długi weekend, a stada nomadów zmierzają swymi puszkami na Krupówki do Zakopanego, stojąc w potwornych korkach, jakby nie mogli wybrać się tam w innym terminie. Rozumiem dzień ekstra wolny, ale bez przesady! Zresztą, ja w ogóle jestem dziwny, bo nie uznaję takich akcji, a najgorszy tego rodzaju spęd to święto zmarłych. Dziesiątki wypadków, setki zabitych, efekt stadny działa, jakby nie można było pamiętać o bliskich przez cały rok? Dość tych „smutów”, pchamy płytę w odtwarzacz i zabieramy się za heblowanie maruderów. Czas ucieka nieubłaganie, dodatkowo kończy mi się paliwo, a nawigacja pokazuje czas przybycia na 15tą. To dokładna godzina startu, aby zdążyć muszę mieć 10 minut więcej, aby się przebrać i pobrać pakiet startowy z numerem. Co chwila wyprzedzam łańcuszki świętego Antoniego, typu ograniczenie do 70, a ekipa się wlecze 50, bo ktoś na początku uważa, że to co na znakach, to za szybko. Wpadam do Lublińca, zostało siedem kilometrów, a paliwa na…dziesięć.:) Na tankowanie brak czasu, spinam poślady – jakoś to będzie. W Kokotku na parkingu melduję się o14:52. Biegiem przerzucam ubranie, buty mocno związuje – nie ma czasu na oklejenie ich taśmą. Musi wystarczyć – zgubienie butów = koniec imprezy. Jako rozgrzewkę podbiegam do biura zawodów, szybki meldunek – dowód proszę. Jaki dowód, droga pani, za cztery minuty start, a ja muszę jeszcze przez lasek przebiec na brzeg jeziora?! Ostatecznie udaje mi się wycyganić pakiet na piękne oczy, zapinam nerwowo numer startowy, jeszcze tylko nagolenniki piłkarskie na piszczele, rękawiczki, wpadam na plaże, gdzie nastąpi start na minutę przez strzałem.

Przelewam gorączkowo wodę, którą dostałem w pakiecie do dwóch „granatów” na pasie z tyłu, udaje mi się napełnić tylko jeden, kiedy następuje strzał. Adrenalina robi swoje, powietrze nasyca się kroplami wznoszonej w powietrze wody, ja już wiem co robić, im bliżej brzegu tym lepiej, poza tym nie liczę na zbyt wiele, start przechodzę jako ostatni, a ten bieg wygrywa ten, kto pierwszy wyjdzie z wody. Przepływamy pod pomostem i za chwile formuje się słynna kolumna ludzi, połączonych wspólnym celem. Każdy łapie każdego, kładąc rękę na ramieniu poprzednika i wzdłuż szuwarów posuwamy się w pobliżu trzcin w kierunku brzegu. Po drodze wypływa kilka batonów energetycznych, które ludzie powsadzali w kieszenie nie wiedząc, że je stracą wkrótce po wejściu do wody, uzupełniam zatem zapasy, zasuwając suwak z tyłu spodenek. Wyjście z wody, kawałek biegu i trasa schodzi do rowu wypełnionego błotem, przy skokach jak zawsze zjeżdżam na tyłku, bo nigdy nie wiadomo jak głębokie jest bajorko. Złe wymierzenie głębokości i kostka skręcona, alternatywnie piach w zębach. Kolumna dzieli się, pierwsi zwalniający odpuszczają, tempo jest mordercze, uda palą jak stal walcząc z lepkim błotem, które wciąga pod wodę.

Tworzą się pierwsze grupki, ludzie zawsze współpracują ze sobą w takich warunkach, uwaga korzeń, uwaga dół – słychać raz po raz z przodu. Najlepsza metoda w takich warunkach to obserwacja poprzednika. Jak wpada w dół, albo potyka się o ukryty pod wodą pień, wiadomo że trzeba zwolnić. I znów wyjście z wody, bieg po błocie, płatki zaczynają migać przed oczyma, a mamy dopiero trzeci kilometr z czternastu. Wpadamy do jeziora, tu taktyka jest tylko jedna, pełne zanurzenie i ogień do przodu, pojawiają się szuwary, tu z kolei inna metoda, trzeba złapać brzeg roślinności, wspiąć się z wody i biec tak szybko, aby szuwary nie zdążyły się ugiąć, każde zwolnienie to zatopienie i konieczność użycia znacznej siły do wyjścia na powierzchnię. 🙂 Kanał, błoto, mostek, który przeskakuję górą pomny zeszłego roku, gdy na betonie starłem plecy do kości. Kawałek lasu, odpoczywam w biegu uważając raz po raz na przeszkody, ścięte drzewa i gałęzie. Opróżniam „granata” i zjadam batona, kop z cukru dodaje skrzydeł, aby brnąć dalej. Wyprzedzam parę osób i mimo, że start przeszedłem jako ostatni odrywam się od peletonu. Przede mną posuwa się szczupły, wysoki chłopak z brodą jak drwal, ale nie ten wychuchany w rurkach, tylko typowy facet. Nagle siada na pniu i zwija się z bólu – woda jest bardzo zimna, mnie też łapią skurcze bez przerwy, ale nie tak mocno. Pytam czy potrzebuje pomocy, kiwa że nie. Zostawiam go i ruszam dalej. Znów betonowy przesmyk pod drogą, zawrót i  punkt żywieniowy. Uzupełniam wodę, odrzucając sok, pomny ewentualnych konsekwencji gastrycznych, przez które omal nie odpadłbym z jednego z maratonów. 😉

Znów las, jestem już zupełnie sam, szpica zniknęła dawno z przodu, peleton został z tyły, znów jezioro, kawałek płynę, pomost, wspinam się na górę, kawałek po betonie i skok do wody. Strasznie płytko w tym roku! Kilka kilometrów po lesie, znów betonowa przeszkoda, pod chwili dopędzam innego uczestnika, we dwóch już raźniej, choć wyraźnie widzę,że chłopak słabnie. Kolejna przeszkoda z bali, wdrapujemy się szybko, choć ostrożnie, bo ubłocone podeszwy ślizgają się a gleba z czterech metrów to nic przyjemnego. Znów krzaki, dziura w ziemi, wpadamy w ciemny kanał pod ziemią, minie chwila nim oczy przyzwyczają się do ciemności. Trzeba uważać na plecy, bo posuwamy się zgarbieni, a nad nami wiszą jakieś rury. Uderzenie słońca, zakręt w prawo, wskakujemy na mur, przez okno do budynku, schody w dół, balami do góry, skok z poręczy – stawy trochę jęczą. Kawałek wody,zanurzam się cały, jednocześnie schładzając głowę. Wybieg z lasu, jeszcze czołganie pod zasiekami, dół, opona, kolejny dół, wyjście przez oponę, pomost i…meta!

Czternaście kilometrów pękło nie wiadomo kiedy.

Kolejna podkowa moja! Kąpiel, grochówka i czas do domu!

Do zobaczenia za rok Katorżnicy.

pozdrawiam

Artur Gutner