Genotyp – dar natury, czy przekleństwo?

Ci co mnie znają, wiedzą że pochodzę z dzielnicy o sławie podobnej do warszawskich Szmulek. Duża część moich znajomych z lat dziecinnych już nie żyje, bądź zasiada w tapicerowanych fotelach z ubiegłej epoki z Wojakiem w ręku i paczką czipsów z Biedronki w akompaniamencie zrzędzenia potwornie otyłej ślubnej, że znów za mało wypłaty przynieśli – zresztą,  dawno by się rozwiedli, gdyby nie brak kasy i schabowy w niedzielę. Mieszkają przeważnie tam gdzie dawniej, każdy w swoim kwadracie o takiej samej powierzchni 38 metrów kwadratowych, spotykają się czasem na piwie, w tej samej knajpie, bądź idą na ciastka do tej samej cukierni. Ostatnio spotkałem tam jednego z osiedlowych guru moich czasów – radzi sobie jeszcze, ale nie ma ani jednego zęba, mimo że jest niewiele po czterdziestce. Czy to coś złego? Nie, zresztą nie o tym chcę pisać, w finale wszyscy przegramy, a w życiu chodzi wyłącznie o to, by ten moment maksymalnie odsunąć w czasie.

Swoje wywody oprę o opis dwóch wafli, jeden miał na imię Leszek, zwany z racji postury i wzrostu Ołówkiem i drugi, mój kuzyn Emil, zwany z racji zamiłowania do napojów wyskokowych Kacą. Dlaczego oni? Ponieważ reprezentowali skrajnie różny genotyp jeśli chodzi o SMV i przez to ich losy potoczyły się diametralnie różnie. W opis ten wprzęgnę również trzy dziewczyny Izę – pierwszą kobietę Emila, w której kochało się pół miasta, drugą której swego czasu bardzo się podobałem (zawsze podobałem się grubym, nie wiem dlaczego) o imieniu Joanna i trzecią, która traktowała mnie jak powietrze – Lena. Dziewczyny ksywek wówczas nie miały, więc pozostańmy przy imionach.

SMV – sexual market value, wartość człowieka na rynku seksualnym, jest wskaźnikiem próbującym ustalić hierarchię poszczególnych uczestników karuzeli seksualnej, a co za tym idzie ich powodzenie i możliwości na tymże rynku. Powodzenie na tej platformie jest warunkiem spełnienia i jako jedyne w zasadzie jest wystarczające do tego, by człowiek czul się szczęśliwy. Reszta rzeczy typu zasoby, inteligencja, spryt, wiedza są ważne, ale żadne z nich ani razem, ani osobno nie da satysfakcji życiowej. Czemu tak jest? To proste, jesteśmy konglomeratem popędów (podświadomość) i inteligencji (świadomość), przy czym inteligencję można nabyć, natomiast naturalnego SMV opartego o genach się nie da. Stąd ludzie przykładają podświadomie taką wagę do wyglądu, czują bowiem, że jest to klucz do wysokiej pozycji w karuzeli seksualnej, a co za tym idzie do poczucia spełnienia. Przyjmijmy, że skala wartości SMV zawiera się w przedziale do 1 do 10, przy czym w wieku do mniej więcej 30 lat, 80% tej wartości jest naturalna, a 20% można nabyć (poprawa wyglądu, zasoby, wiedza, inteligencja itp). Po trzydziestce ów parytet zmienia się drastycznie szczególnie u mężczyzn, gdzie przynajmniej 50% wartości SMV nadaje nam tak zwana „zaradność życiowa”. Jakie to ma skutki dla ludzi? Opiszę to na przykładzie moich znajomych, których wspomniałem wyżej. Wszyscy są już w okolicy czterdziestki i znakomicie wpisują się w schemat, który za chwilę przedstawię.

Zacznijmy od Ołówka, zawsze wysoki, z otępiałym nieco, pociągłym wyrazem twarzy, przezroczysty od dziecka dla większości dziewczyn z podwórka. Osiedlowa pierdoła, z którą praktycznie tylko ja utrzymywałem kontakt z racji tego, że chowałem się bez ojca, a matka wpajała mi, że ludzie są dobrzy, trzeba współczuć, rozumieć, starać się pomóc itp. To była dobra kobieta, jednak jak większość kobiet mówiła o świecie, który chciałaby żeby istniał, a nie tym, który nas otacza – to dlatego na przykład pani mówi, że ona preferuje spokojnych, przewidywalnych mężczyzn, a tymczasem jej łóżko trzeszczy pod przystojnym motocyklistą z IQ poniżej setki – życie. Wróćmy jednak do meritum, dużo rozmawiałem z Leszkiem, czasem stał na bramce jak graliśmy „mecza”, ratowałem go z opresji, nawet wówczas gdy z wyskoku potłukłem Bule okulary bo go szturchał. Nigdy nie miał dziewczyny, zniknął w książkach w wieku 13 lat i już nigdy nie wrócił do czasu, gdy spotkałem go…ten świat jest mały – w Waszyngtonie. SMV tego kolegi określiłbym na 3 w porywach 4, więc aby kobieta, która wejdzie z nim w relację zgodnie z teorią mogła czuć satysfakcję musiałby mieć SMV 1, góra 2, a to znaczyło otyłe, zapuszczone dziewczyny w dodatku najczęściej z subkultur, czym oczywiście Ołówek nie był zainteresowany. Spotykałem go często, bo obaj dłuższy czas służyliśmy do mszy.

Emil! Emil to męska dycha! Blondyn, wysoki, z czarująco zbudowanymi ustami, którymi gdy mówił powodował, że majteczki wszelkich kobiet napełniały się wonnym nektarem zwiastującym niechybnie zbliżającą się prokreację. Kaca miał najlepsze dziewczyny w mieście, wszystkie fryzjerki, masażystki, kosmetyczki, ekspedientki o naturalnym SMV powyżej 7 były bardzo mocno zainteresowane interakcją z mym kuzynem. Nawet wtedy, gdy pierwszy raz siedział w kryminale, zgrabna blondynka w różowych szpilkach stała pod kratą i ostro prowadziła z nim nawitkę, marząc o spotkaniu sam na sam w koedukacyjnej celi. Emil nigdy nie traktował żadnej kobiety poważnie, zachwycał się różnymi relacjami, które trwały od 3 do 12 miesięcy, po czym najczęściej zostawiał taką niewiastę mając już drugą w zanadrzu, przy czym ta pierwsza nie raz była skłonna przyjąć rolę tej drugiej, byle go nie tracić. Zauważyłem, że tak jak jak i Ołówek często gadaliśmy o Trójkącie Bermudzkim, fizyce, psychologii, filozofii, tak z Emilem był jeden temat – dupy i sposoby ich podrywania. Jego życie od dziecka, podobnie jak tych kobiet kręciło się wokół jednej sfery życia, cisnąc niesłychane piętno na pozostałych. Emil skończył edukację na podstawówce, dziś siedzi za zabójstwo, dostał dwadzieścia pięć lat, więc wyjdzie jako emeryt, bez środków do życia, bez pomysłu na jutro, bez perspektyw. Jakiś czas temu wytatuował sobie na plecach napis – więzienie moim domem. Nigdy przez całe swoje życie nie spotkam (podkreślam), nie spotkam takiej ilości pięknych kobiet, ile on przeleciał. Szczerze? Zazdroszczę mu w pewnym sensie, ale nie do końca, bo o tym w końcu traktuje felieton.Spotkałem również Izę, jego pierwszą dziewczynę, wyglądała dokładnie jak Tina Ruland odtwarzająca rolę Ushi w filmie Manta, Manta – wzdychało do niej pół osiedla. Dziś jest to otyła, zniszczona przez życie kobieta. Pracuje w nocy sprzątając markety – skończyła zawodówkę w fachu fryzjera, ale niestety alkohol i liczne perypetie sprawiły, że wypadła z zawdou. Później próbowała coś wieczorowo, jakieś liceum, prywatna uczelnia, licencjat, ale wszystko co miała to SMV, gdy zaczęło spadać i nagle atencja świata zewnętrznego, do której przywykła zaczęła lecieć na łeb, na szyję,  wpadła w alkoholizm i trawkę – nagle zniknęli wszyscy znajomi, za których dawała się pociać. Później eksmisja, długi – ciągle widać na jej twarzy cień tej pięknej kobiety, kokietowała mnie nawet, ale czemu ja dziś miałbym być nią zainteresowany, kiedy wówczas byłem dla niej powietrzem? Zresztą, o czym ja miałem wtedy z nią gadać, gdy jedynym ekscytującym ją tematem były emocje i np fakt, że Grzesiek zajebiście całuje i że przelizała się z Ryśkiem, mimo że chodziła z Emilem? Cóż, życie dla nikogo nie jest sprawiedliwe, kwestia jest długo da się od niego odcinać kupony…

Tak się złożyło, że kilka lat temu znalazłem się w Waszyngtonie zaproszony na pewne biznesowe party. Kroiła się fajna impreza, bo co jak co, ale bawić to się Jankesi potrafią. Wbijam ostro, trochę się kręcę i po pewnym czasie pewien Taj pracujący w tej samej co ja firmie mówi – przedstawię Ci kogoś, lekarz z Polski, mieszka tu, bardzo sympatyczny koleś. Idziemy do drugiej sali, patrzę w tłumek i od razu widzę, że to…Ołówek. Po prostu wyróżniał się wzrostem, a charakterystyczny orli nos, był jedyny w swoim rodzaju. Przywitaliśmy się bardzo ciepło, zalaliśmy w trupa i skończyliśmy w jego domu. Okazało się, że Leszek skończył medycynę, trochę pracował w pogotowiu i korzystając z jakichś koneksji rodzinnych wyjechał na staż do USA. Został, zrobił nostryfikację dyplomu, specjalizację, poznał przepiękną dziewczynę o 12 lat młodszą od niego. Wówczas miał rocznego synka, ona pracowała w klinice, w której on był głównym specjalistą od neurochirurgii, a ona pielęgniarką. Wspominaliśmy dawne czasy, w tym chwilę, gdy w latrynie wyrzucając jako ministranci kadzidło do dołu strzeliliśmy po sztachu fajki i nakrył nas przyszły prezydent miasta, z którego pochodzimy, bardzo kosztowny facet. Zawsze był konfidentem, wtedy też podpieprzył nas do księdza i mnie wyrzucili, a Ołówka ukarali. Tak czy owak, po mszy zaczekaliśmy na niego na mostku. Wiedział co będzie, więc bez słowa uciekał, a my przez pół osiedla biegliśmy za nim kopiąc go po dupie i podkładając nogi. Ech, to były czasy, dziś by nas zamknęli raczej…

Widać kontrast między Emilem a Leszkiem? Obu zostało po jakieś 20-30 lat życia, w jakim komforcie owa egzystencja przebiegnie? Chyba nie muszę dodawać. Zatem SMV to dar czy przekleństwo? Proszę mi nie pisać, że to przypadek, bo to jest schemat. Emil był spełniony, więc ciął kupony, a Leszek…w ramach aktu hiperkompensacyjnego uczył się. Idźmy dalej, bo los Izy też już znamy.

Przywołałem tu jeszcze dwie dziewczyny Aśkę i Lenę. Los Aśki był podobny do losu Ołówka, próbowała na siłę interesować sobą chłopaków o znacznie wyższym od swojego SMV, co owocowało licznymi ekscesami kończącymi się często, gęsto podbitym okiem, aż do chwili, gdy pewien koleś pobił ją do nieprzytomności na pewnej imprezie, w której ja również brałem udział, ze swoją ówczesną dziewczyną, niestety wyszliśmy wcześniej, by móc jej pomóc – bardzo ją lubię, do dziś, bo zawsze była szczera, co u kobiet jest rzadkością. Uciekła w książki, dziś jest…doktorem matematyki, jest starą panną, z dwoma kotami, parapetami pełnymi kaktusów i dość… pogodną kobietą. Pogodziła się z życiem. Ma własną katedrę, powodzi jej się dobrze, twierdzi,że mężczyźni jej nie interesują, choć jak wychodziłem od niej z domu, to oczy jej się zaszkliły…

Lena – Lena była równie piękna fizycznie jak Iza, ale miała…silnego osobowościowo ojca, który był dla niej ogromnym autorytetem. Wzdychałem do niej długo – wyszła za mąż za jakiegoś właściciela kopalni z RPA i tamże mieszka na stałe. Nic nie wiem o jej losie, poza tym, że ma dwoje dzieci i podobno jest normalną, poukładaną kobietą. Oby tak było – byliśmy po prostu z innej półki, z czym trudno mi było wówczas się pogodzić.

Zatem czy wysokie naturalne SMV to dar, czy przekleństwo? Pozostawiam tę kwestię otwartą, niech każdy sam wyciągnie wnioski, ważąc czy świadomość człowieka, ale jednocześnie niespełnienie jest ważniejsze, czy czysta podświadomość i jakoś to będzie? Ileż osób, tyle opinii.

Miłego wieczoru.

Artur Gutner

PS: Ja nie narzekam na świadomość jednak, w moim przekonaniu zdecydowanie wygrywa. 🙂