Wirujące pedały i Puszcza Kozienicka.

Wczoraj wieczorem krótka piłka – rano atakujemy 100km przez las. Kumpel planuje trasę, mamy polecieć do Królewskich Żródeł, później do Garbatki Letnisko, dalej do miejsca zwanego Okólny Łęg i powrót do Radomia.Budzę się o 8, szybkie pakowanie i zgodnie z umową melduję się na wiosennej ulicy kolegi. Czekamy na trzeciego, ale nie zjawia się. Dokupuję wodę, jest 9:30, próbujemy się dodzwonić do Andrzeja, ale bez skutku. Zapił na bank.  Kopiemy pedały i ruszamy ostro w stronę starego radomskiego kirkutu. Istniał sobie do II wojny światowej, kiedy to nadludzie użyli macew do wzmocnienia budowanej w pobliżu drogi. Można nie lubić ludzi, grup, narodowości, ale nie wolno deptać przeszłości ołtarzy. Jak widać, są ludzie i parapety. Szybka fota przez zamkniętą bramę i ruszamy dalej, mijając moją pierwszą firmę, w której w latach 90tych ubiegłego wieku pracowałem od poniedziałku do soboty od 5 rano do 20 za dwa miliony złotych. 😉

Przecinamy wylot z miasta na Kozienice i już mkniemy w stronę Kozłowa. To jedno z moich ulubionych miejsc w okolicy, z powodu klimatycznego progu wodnego. Szum wody, zieleń, kamienie – jest klimat. Dokumentuję to miejsce jak zwykle. Droga zaczyna się robić coraz bardziej stroma, po chwili skręcamy w las. Zaczyna się szuter, póki co twardy. Pałujemy ostro mijając raz po raz zwalone jak zapałki potężne drzewa. Chwila przerwy na przygotowanym, pachnącym żywicą, ściętym drewnie. Dzwoni Andrzej – sorka, ale nie dam rady, jestem wór. OK, bywa. Lecimy dalej, krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie, mijamy grupy innych ludzi, widać że to miejsce mocno ożyło ostatnio. Po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do wioski. Zarzucamy po lodziku, przyczepia się do nas nawalony jak szpadel miejscowy miś, próbując nam sprzedać działką 😉 Gadamy chwilę, ale wali od niego moczem, widać że się zlał w nocy a teraz się leczy browcem. Humory nam dopisują, mamy póki co niespełna 30km w kołach, więc jest gitara. Droga znów z asfaltu przechodzi w szuter, a później w piach. Micheliny na moim Rockriderze są w swoim żywiole wgryzając się w piasek, gorzej z kolegą na trecku, widzę raz po raz jak tańczy mu tyłek, grzęznąc w morzu złota.Docieramy powoli do Królewskich Źródeł, spotykamy pewną dziewczynę z Wawy, która szuka drogi na prom przez Wisłę, kolega kieruje ją na właściwą ścieżkę i ruszamy dalej. Leśne przecinki i dukty zamieniają się w szeroki, szutrowy gościniec, niestety kierowcy puszek urządzają tam sobie rajdy zasypując nas tumanami kurzu. Nie wiem czemu nikt nie postawił tam zakazu wjazdu? Dobrze by to zrobiło brzuchom panów rozpartych w Passatach B5 w TDI. 😉  Docieramy do leśniczówki, okazuje się, że otworzono tam niedawno bardzo fajną knajpkę, wrzucamy po grochówce, przepakowujemy się i ruszamy. Kierunek Garbatka.Teren staje się pofałdowany, ciekawe podjazdy, SRAM ma  co robić, biegi redukują się w ułamku sekundy, mimo że dawno go nie konserwowałem – nadrobię ten brakutro. Dojeżdżamy do przesympatycznego miejsca w środku lasu zwanego Źródlisko Krępiec. Schodzimy w dół lasu do miejsca, gdzie wypływa źródło niezwykle czystej wody. Okazuje się, że w okolicy istniała do lat 80tych leśna kolejka zbudowana przez Austriaków jeszcze w XIX wieku, tak miałem wrażenie, że przez moment jedziemy po starych szpałach kolejowych, widać, że miałem rację! Spacerujemy chwilę po okolicy, pijemy wodę ze źródła, dokumentując jednocześnie jej czystość!

Wskakujemy na rowery, korekta kursu i walimy na zalew w Garbatce, co chwila obserwując znaki na drzewach świadczące o tym,że jest to trasa narciarstwa biegowego. Zerkamy na siebie z kumplem znacząco – chyba trzeba będzie tędy zimą na ołówkach choć raz śmignąć? 😉 Czytamy tablice informujące o ciekawostkach związanych z miejscem, las pachnie, ptaki śpiewają, choojowy świat został daleko stąd, endorfiny zaczynają buzować, żartujemy sobie i chłoniemy prawdziwy Matrix, każdym elementem zmysłu, jaki natura dała nam do dyspozycji. Na liczniku wybija 60km, zaczyna się powoli „doopa dramat”, bo siodło w rowerze górskim nie jest projektowane do długich dystansów, dobrze, że mam pampersa. 😉 Wysoka górka, którą pokonuję bokiem, chwila odpoczynku i pałuję w dół w stronę zalewu. Ależ fajny zjazd, spadek jak w Bieszczadach, gałęzie, miód malina! Wpadamy do knajpy, browar i po lodzie znów. 😉 Lodożercy! A huk, cztery tysiące kalorii pokazuje Endomondo – stać nas. Piękna okolica, las, ośrodek, domki, zadbane ławki, miejsce na potańcówki – żartujemy ile tam błon dziewiczych padło w pobliskim lesie? 😉

 

Przed nami ostatni, najtrudniejszy odcinek eskapady. Przecinki leśne w Puszczy Kozienickiej są pełne piasku, jazda po czymś takim to gehenna. Wolę pałować na Tarnicę w Bieszczadach pod górę niż w takich warunkach. Trudno. Spinamy się i ruszamy w drogę, kolega wyraźnie zostaje z tyłu. Gubimy parę razy trasę, jedziemy po GPS bo głusza jest totalna, a gałęzie raz po raz chlastają nas po twarzach. Wpadamy w zagajnik i nagle widzę człowieka rąbiącego drewno. Podjeżdżam do niego cicho – dzień dobry!

Dobry! Ludzie, a jak wyście tu trafili?!

Po GPS panie, po GPS. 😀 Przesympatyczny człowiek z tatuażem w formie kotwicy na ręku objaśnia nam jak trafić do miejsca przeznaczenia. Rozmawiamy dość długo bo czuć w każdym słowie, że to CZŁOWIEK z krwi i kości a nie imitacja, którą mijamy na co dzień. Żegnamy się ciepło i ruszamy zgodnie ze wskazówkami człowieka z lasu. Zajebisty facet! Jak będę na emeryturze, to będę żył jak on.Sam Okólny Ług rozczarowuje mnie nieco, susza powoduje, że bagno nie robi fajnego wrażenia, za to są wspaniałe jagody, które niemal kosimy siadając w trawie. Gdyby nie komary, to zostałbym tam na zawsze. Doopa już naprawdę boli, licznik pokazuje 80km a do domu jeszcze trzydzieści. Kumpel wyraźnie siada, muszę czekać na niego na przecinkach, żeby się nie zgubił.

Wreszcie asfalt i sklep. Pijemy łapczywie bo woda też się skończyła. 90km na licznikach. Ruszamy asfaltem, jadę bez trzymanki bo tyłek od siodełka naprawdę daje mi się we znaki, widać że gonimy resztką sił. Krótki postój i rozjeżdżamy się po uprzedniej piątce. Ciągle walę pod wiatr, nawet na zjazdach rower zwalnia, nie wytrzymuję i rzucam się do rowu. Niestety mrówki nie dają mi spokoju 🙂 Podrywam się, miasto, centrum, jakiś koncert w środku, dopadam domu. Yes! Zostało trochę sałatki. Wcinam jak beduin chłonący wodę na pustyni, chwila relaksu i zaczynam pisać. Piękny dzień, szkoda tylko, że kajak stoi smutny w garażu. Może coś popada w tym tygodniu, to za tydzień jakaś Pilica w Spale? 😉

Stay tunned!