Radomka, neverending story!

Śpiew ptaków oznajmia mi rano, że dzień dawno się zaczął, a tylko ja miast wstać, nadal tkwię w objęciach Morfeusza. Leniwie wyrywam się z tych kajdan i już pędzę do kuchni po śniadanie. Dziś święto i dzień mamy, niestety ani jedno, ani drugie już mnie nie dotyczy – o najsamotniejszy wśród ludzi, jak mawiał Tomek w niezapomnianym wieczorze z Edgarem Allanem Poe. Co robić? Plany na dziś to ostatni odcinek Radomki, jaki nam pozostał z przyjaciółmi do spłynięcia. Mam mieszane uczucia, bo w niezawodnej dotychczas prognozie pogody z ICM meteo wyraźnie widać opad konwekcyjny, czyli ludzko mówiąc krótki, ale bardzo intensywny deszcz, tak zwane oberwanie chmury, plus burze. Dzwoni kumpel i przekonuje mnie, że na Interii 😉 nie ma żadnej wzmianki o opadach. Wyśmiewam go oczywiście dla żartu, gratulując źródła informacji, jak okaże się później, to jednak on miał rację. 😀 Pakuję sprzęt i ruszam w kierunku Gorynia, gdzie czekają już na mnie znajomi.

Zostawiamy ich samochód na działce kolegi i moim ruszamy w kierunku miejscowości Jankowice. W planach mamy 30 kilometrów w wiosłach, śmiejemy się i żartujemy nie widząc co nas czeka, ale to za chwilę. Szykujemy sprzęt i po chwili delektujemy się krajobrazem, zapachem rzeki, wspaniałym światem, który jest wyłącznie iluzją w naszych głowach. Rozmawiamy sporo o fundamentach, życiu, tym co nas otacza. Sielanka trwa!

Spotykamy pierwsze bystrza, część z nich udaje nam się pokonać z marszu, inne przenosimy. Czas płynie szybko, odmierzany rytmem uderzeń wioseł o wodę. Na moim kajaku siada ważka, robię jej kilka zdjęć, to wspaniałe jak natura dzieli się z nami tym co najpiękniejsze. Odcinek który robimy tym razem, zawiera sporo przeszkód w postaci licznych bystrzy, których większość pokonujemy rozpędzając się mocno, oraz kilku progów, gdzie niestety trzeba zrobić przenoski. Największa przeszkoda to resztki dawnej tamy, elementu systemu melioracji z 1955 roku, zlokalizowana w pobliżu Jedlińska. Ogromny, rozpadający się jaz, oraz kaskada stanowią dość poważny problem, bo po pierwsze nie bardzo mamy się jak ponownie zwodować, a po drugie, trzeba dokonać karkołomnych manewrów, żeby przerzucić kajaki. Chciał nie chciał, wręczamy koleżance aparat fotograficzny a sami z kolegą zabieramy się za robotę. Kajaki musimy obnieść dookoła jazu, przenieść przez wodę z dość dużym nurtem, przeskoczyć przez murek, przepchnąć je i zacumować. Z pierwszym idzie na dobrze, stajemy na murku, robimy fotki, rozmawiamy na temat piękna tego miejsca, które mimo że zniszczone i nieużywane, nadal ma swój koloryt. Przenosimy drugi kajak, wspinam się na murek, zbiegam po betonie pod kątem 45 stopni, kiedy czuję, że moje anty poślizgowe buty tracą przyczepność a ja mam dwie opcje. Albo z całą siłą rąbnąć do wody na wystające z niej drewniane resztki konstrukcji, albo ratować się skokiem na beton. Wybieram to drugie, niestety uderzenie jest na tyle mocne, że próbując wykonać krok, siadam na betonie. Dramat. Przed nami kilka przenosek a ja nie mogę chodzić. Kombinujemy jak się zapakować do kajaków, będziemy się martwić później. Na szczęście bez obciążenia noga nie boli i możemy śmiało konsumować piękno otaczającej nas przyrody.

Po kilku kilometrach przepływamy pod uroczym, starym mostem w Jedlińsku i dopływamy do rozgałęzienia. Naszą uwagę prócz licznych wędkarzy przykuwa tablica z napisem – kajaki na lewo. Zastanawiamy się o co chodzi, i dochodzimy do wniosku, że to reklama wypożyczalni. Wylogowujemy się z wody po prawej stronie, rozpalamy ognisko, oczywiście ja na krzywy, bo o chodzeniu nie ma mowy. Kiełbasa z ognia smakuje wybornie, woduję z ogromnym bólem kajak (maratończyk się nie poddaje) i po chwili zaczyna się dramat. Okazało się, że wpłynęliśmy w starorzecze, gdzie woda sięga kostek. Rozpoczyna się kilku kilometrowy marsz, kiedy to musimy ciągnąć kajaki. Mam lepiej, bo jestem sam i mój kajak ma mniejsze zanurzenie, więc ciut więcej jestem w stanie płynąć. Zastanawiamy się z wycieńczenia czy nie przerwać spływu i zadzwonić po znajomego, żeby odebrał nas pickupem wprost z wody. Każdy krok sprawia mi ból, więc staram się pchać kajak tak, aby cały ciężar ciała opierać na burtach. W końcu wody przybywa i możemy w miarę płynąć. Jeszcze tylko zwałka, na której kolega prawie zalicza ścięcie głowy i już dopływ Mlecznej napiera dziesiątki metrów sześciennych wody. Płyniemy znów!!! Gadka znów zaczyna się kleić, żartujemy, ale mamy kolejny kłopot. Kończy nam się woda. Do celu jeszcze kilka godzin a mi się tak chce pić, że chyba zaraz walnę garnucha wprost z rzeki nie patrząc na kolor wody. 😉

Przepływam koło ludzi robiących grilla i będących lekko na fleku, rzucam – ej, pożyczcie piwo! A chcesz? No jasne! Rzucają nam Tatrę, chwilę rozmawiam i odpływam. Znajomi są zszokowani, że zaczepiłem obcych ludzi. A co miałem zrobić? Kiedyś zamówiłem pizzę do pociągu i przywieźli na dworzec w Działdowie wraz ze zgrzewką piwa, także dla mnie to nie pierwszyzna. 😉

Pijemy łapczywie Tatrę mając wrażenie, że to boski nektar. Piwo jest zimne i doskonałe w smaku, niczym Don Perignon albo Martni wstrząśnięte, niezmieszane. Tak naprawdę ratuje nam to życie i pokazuje, że jak mamy poważny deficyt, to coś oczywistego w cywilizacji, może się wydać darem od boga. 😉 Ruszamy ostro i po dłuższym czasie i bez większych przygód, wylogowujemy się z rzeki na działce u kolegi w Goryniu. Jeszcze tylko droga krzyżowa do samochodu, niesiemy kajaki przystając co chwila, bo z bólu widzę gwiazdy. Pakujemy sprzęt i ruszamy do domu. Kupuję browar, loda i orzeszki. Ostatnia przyjemność jaka mi została na ziemi, tej ziemi. Słońce zaszło, ale nadal jest ciepło.

Jak myślicie? Dobre piwko było? 😉
PS: Zapraszam do galerii zdjęć, najlepsze z łabędziem jest dziełem znajomego.

Jankowice – Goryń kajakiem. / Google Photos