Gdzie śnieg płonie.

Budzik niczym bard, o 4:30 ostrym dźwiękiem wyrywa mnie ze snu, zmieniałem ostatnio system w telefonie na Cyanogenmod i zapomniałem ustawić dźwięk alarmu, więc zrywam się na równe nogi, bo zamiast powolnego zwiększania głośności ćwierkających ptaków, z głośnika aparatu wyrywa rytmiczne bum, bum, bum, bum! Zawał gotowy, jednak resztą sił udaje mi się zdławić tego szkodnika. Następne przebudzenie jest bardziej gwałtowne, zerkam na zegarek i jest 5:30. O kurde, zaspałem!


Szybkie kanapki, micha dla kota, śniadanie dla chłopaków i golenie na sucho, bo wszystkie przybory już od wczoraj w bagażniku samochodu czekają na teleportację w nieznane. Tak czy owak, udaje mi się o 5:50 wystrzelić jak z procy w kierunku Krakowa,z  radia leci jak zwykle Bloom (ciekawe, kiedy go zamorduję?), choć staram się unikać kawałków wrzucających mnie na inne poziomy świadomości przy takich wypadach, bo zakłóca mi to odbiór piękna otaczającej przyrody, przypominając co chwilę, niczym bicz nadzorcy lądujący na plecach niewolnika, o tym, co mnie otacza w sensie ludzkim. Przerzucam na Trójkę i po chwili jestem w Krakowie, w międzyczasie loguję się do PKL i kupuję skipassa online, obserwując jednocześnie na kamerze dziki tłum w kolejce po bilety w Kuźnicach. Klikam na godzinę 10: 00, co wydaje mi się mocno optymistyczne, nie mniej jednak cisnę mocno pedał po prawej stronie, maszyna wyje niczym biczem podcięta i ostro zbiera się prawym pasem wyprzedzając całą marudzącą, przyspawaną do lewaśki procesję. Spokój odzyskuję dopiero na Zakopiance, bo widzę, że wszystko w miarę idzie i powinienem wyrobić się na czas. Wpadam na stały parking, przebieram się i kompletuję sprzęt. Po chwili siedzę już w busie, który szybko, prowadzony przez całkiem ładną dziewczynę, mknie w kierunku Kuźnic. Na dole dziki tłum, mijam wszystkich i na pewniaka wchodzę do kolejki prowadzącej bezpośrednio do wyciągu.

Po chwili przechodzę przez bramki, wkładam skipassa do czytnika i…error. Czerwona lampka. Powtarzam i znów to samo! Obok ludzie mają ten sam kłopot. Po chwili pojawia się zaspany koleś z obsługi, sprawdza moją kartę i mówi – kupiłeś se pan bilet na 2go maja. Co tu jest napisane? O shit! Na stronie PKL przy kupowaniu biletów wyjeżdża, co chwilę na cały ekran telefonu, kretyńska reklama pejsbuka i pewnie coś przeoczyłem. Kilka osób obok ma ten sam problem, więc może to nie przypadek? Co teraz? Gucio. Na dół do Kuźnic w kolejkę! Wkoorwiony przepycham się przez tłum i po chwili ustawiam się w kasie do skipassów. Odstaję pół godziny i kupuję w końcu właściwy bilet, pomagając przy okazji pewnemu anglikowi, który zupełnie nie wie, o co kaman, a obsługa nie be, ani me, ani kukuryku. Poprawia mi to nieco nastrój, bo zaliczam dobry uczynek, a poza tym otwartość tego człowieka tak bardzo różni się od zaciętych min rodaków wokół, że aż chce się żyć. Chwilę gwarzymy, po czym w trójkę (był z dziewczyną), ładujemy się do gondoli. Dwadzieścia minut i jestem na górze. Żegnam Angoli i z marszu uderzam w dół. Góra Gąsiennicowej jest już mocno wyślizgana, dodatkowo ludzie niemogący opanować nart, blokują wąski lejek zmuszając resztę do szybkiej gonitwy w dół mimo lodu. Wiem, wiem, wiem…ale ja zanim kilka lat temu wybrałem się na Kasprowy, to jeździłem sporo na niższych górkach, zdając sobie sprawę z tego, że mogę przeszkadzać innym. Pęd wiatru, szum w uszach, kołyszący się od krawędziowania krajobraz przywraca mi spokój.
Po drugim zjeździe wkręcam się już tak mocno, że następuje coś, co nazywam izolacją od otoczenia. Ludzi wokół nie ma, jest tylko śnieg, słońce, góry i migający, przepiękny krajobraz. Zjeżdżam bardzo szybko jak na swoje możliwości, kilka razy w dół i od razu wciągam się krzesełkiem na górę. Nareszcie czuję coś, co większość odczuwa, na co dzień- totalny spokój, do tego stopnia, że aż ogarnia mnie senność. Kupuję Colę w barze, bo bardzo chce mi się pić. WTF? Smakuje jak woda z mopa po umyciu baru, w którym Siwy dodawał, co nieco od siebie do sosu. Patrzę na spód – przeterminowana 26 grudnia 2015. No i niech ktoś powie, że to nie pech! 😀 Opieprzam babkę w barze i biorę Fantę, dawno nie piłem czegokolwiek z cukrem, więc smakuje wybornie. Dochodzi 15, staję w kolejce na dół, bo nie da się zjechać do Kuźnic na nartach, oczywiście przepychanki, paru gogusiów wchodzi bokiem, kiedyś się szarpałem, dziś tylko patrzę…qrwa, nawet tu. Zmieniłem swoje podejście kilka lat temu, w czasie awantury w podobnym klimacie, gdy ujrzałem, jak źle poczuła się znajoma, która ze mną wtedy była. Z takich sytuacji nie ma dobrego wyjścia, bo danie w mazak powoduje dysonans, wycofanie ładuje negatywne emocje. Jak macie jakieś pomysły, co z tym robić, to będę wdzięczny.

Schodzę w butach narciarskich do Zakopca, widząc tumult busów jak z demobilu, próbujących skasować ludzi po cztery dychy za trzy kilometry jazdy. Nawet tam nie podchodzę! Słońce świeci mi w twarz, narty na ramieniu trochę ciążą, ale jest fajnie. Szybkie przebranie, odpalam samochód i powoli ruszam w kierunku Rabki. Czemu tam? Ci, co mnie znają, wiedzą, czemu, Ci, co nie, kiedyś się dowiedzą.

Schodzę w dół na obiad do Hulaj Duszy. Wciągam wątróbkę z cebulką, oraz żurek z jajkiem. Jestem tak głodny, że zjadłbym konia z kopytami. Wypijam kawę i ruszam na spacer po ziemi obiecanej. Stare drzewa zdają się mi kłaniać, witając starego wędrowca, który z uporem maniaka wraca w to miejsce, tylko po to, by poczuć jego magię, klimat, coś, czego już nie ma i nigdy nie będzie. Mało ludzi z moich znajomych zna to miejsce. W zasadzie to jedna, może dwie osoby. Emeryturę na pewno spędzę w Zarytem, naginając na krawędziach, po zboczu Polczakówki, a tak się składa, że wszystko, co zaplanuję i zależy to wyłącznie ode mnie (a nie od innych ludzi), zawsze udaje mi się zrealizować. Jest to jedna z tak zwanych silnych myśli, która ciągle trzyma mnie przy życiu. Spaceruję po parku, moją uwagę przyciąga drzewo, które w piękny sposób rozkłada gałęzie, niczym ręce obejmujące niebo. Cofam się specjalnie i wchodzę na trawę, aby zająć dobrą pozycję do zrobienia zdjęcia. Nie jestem do końca zadowolony z efektu, bo to trzeba było zobaczyć to wszystko pod odpowiednim kątem i światłem, ale może coś tam, ktoś wychwyci? Kilka minut na tężni, spacer mokrą alejką, gdzie zaczynają kwitnąć bazie przywołują duchy przeszłości. T

Drobne zakupy, chwila na torach w kierunku Mszany i czas do domu. Siadam w fotelu, włączam stare radio na częstotliwości 225MHz i czuję, że jestem w domu. Ten świat istnieje naprawdę, cała reszta to tylko rollercoaster, który runie pewnego dnia tak niespodziewanie, że nikt z dobrze bawiących się tam ludzi,nie zdąży nawet krzyknąć. Zresztą, każdy runie, tylko że ja wolę na swój sposób. Nie będę czekał na ten dzień, jestem w domu, bo jutro nowy, pełen wrażeń dzień, więc czas zagospodarować wschody i zachody słońca, tak dobrze, jak tylko się da!

Artur Gutner

https://goo.gl/photos/Fn37eKei1ayL3jyG8