Iluzje.

„Wisłocka! Nie mogłem skojarzyć, skąd znam nazwisko, ale od czego internet. Wiem już, o kogo biegnie, ale nie czytałem dzieła, na którym wychowały się trzy pokolenia, jak informuje internet. Jestem poważnie niedokształcony w sztuce kochania i nawet pornokasety wprawiają mnie w kompleksy. Dlaczego ta cholerna gra wstępna musi trwać tak długo? Ja mam podejście jednego z bohaterów Hemingwaya, który marzył, żeby z kobietami dało się to robić „bez tego całego gadania”. Powiedziałem to przedwczoraj memu młodszemu koledze, a kumplowi mego syna, który ma poniżej 50 i uprawia życie playboya. Przygruchał ostatnio przez przez internet jakąś dzieweczkę z Siedlec, która przyjeżdża do niego co tydzień do Warszawy. On, jak playboy starej daty, robi jakąś wytworną kolację i zapala świece, a ona chce od razu do łóżka. „Akurat jak dla pana!”, powiedział mi z przekąsem. Rzeczywiście – gdybym nie był już stary, to taki układ by mi odpowiadał, czyli bez świec i kolacji. Szczególnie, że on robi łososia, a ja ryb nie cierpię. Miałbym się aż tak męczyć dla seksu? Pozwoliłem sobie zakpić z nowoczesności i internetu, że przecież raz na tydzień to nawet proboszczowi nie wystarcza, więc ta biedna dziewczyna nie tylko musiała wydać kasę na komputer i połączenie z internetem, ale musi jechać z piątku na sobotę do Warszawy, a z niedzieli na poniedziałek do Lublina, we wtorek do Białegostoku, tylko środę i czwartek ma wolne od podróży, bo wtedy mąż nie ma dyżuru i jest w domu i tak dalej. Majątek wydaje na koleje państwowe, wędzić się musi przy świecach i kolacjach, a może podobnie jak ja nie cierpi ryb, zaś wystarczyłoby kupić w seks-szopie pozłacany wibrator i zamknąć się codziennie wieczorem na 15 minut w łazience i po sprawie. Zaoszczędzony czas mogłaby poświęcić na samodoskonalenie się, a zaoszczędzone pieniądze na nowe kiecki. Nie wiem, czy moje rady są zgodne ze sztuką kochania, ale na pewno oszczędzają czas, zdrowie i pieniądze.”

Zdzisław Beksiński