Goście a cykl Kondratiewa.

„Z gośćmi jest tak: przez cały dzień nikt nie dzwoni. Cisza i myślę, że już umarłem lub unoszę się w bali w centrum olbrzymiego jak ocean jeziora. Nie widać brzegów, szare niebo i szara woda, łącząca się na horyzoncie z niebem. Wchodzę do WC. Ledwie zacznę z niego korzystać, dzwoni dzwonek do drzwi na dole i równocześnie dzwonek do drzwi na górze, dzwonią naraz oba telefony: komórka i stacjonarny, słychać z komputera, że spłynął jakiś maił, a do okna zaczyna dobijać się facet, który skacząc na spadochronie, zawisł na trzecim piętrze. Wybiegam jak oszalały, podciągając spodnie, ale telefony i dzwonki już ucichły, w poczcie spłynął spam: bigger, harder, better, o tym jak mam powiększyć swoje wdzięki, a facet na spadochronie obsunął się na wysokość drugiego piętra i dobija się już do sąsiadów. Następuje ponownie cisza. Coś jak w filmie „Żółta łódź podwodna”: gonitwa za plecami, która znika w momencie, gdy obrócić się do niej przodem. Podobnie goście: nie atakują mej samotności nieustannie, lecz falami na podobieństwo ekonomicznych cykli Kondratiewa. Trudno włączać non stop sekretarkę, bo odbijają się od niej czasami bez słowa ci, z którymi powinienem lub chciałbym porozmawiać. Pięknie pozdrawiam.”