Czas już…

Opuszczona chata w górach, spotkana po długiej wędrówce. Otwierasz drzwi spodziewając się pustki, a tymczasem w środku siedzi mnóstwo innych ludzi, równie zagubionych i samotnych jak ty. Z otwartymi ustami patrzysz na ich pełne radości rozmowy, na parujące kubki z herbatą, na mgłę od pary na szybach, po których powoli spływają krople rosy, niczym łzy. Patrzysz w bok, ktoś wymiotuje życiem, inny tańczy, ale widać, że ma zaciśnięte gardło, jeszcze inny udaje, że czyta jednocześnie kątem oka zerkając czy może jest tu ktoś, z kim opuści ten przybytek i zniknie w gęstwinie drzew stumilowego lasu normalności, jak ptak wypuszczony z klatki…

Siadasz z boku, nieco w kącie i próbujesz wtopić się w tłum, obserwując ten osobliwy spektakl. Widzisz to wszystko jak na dłoni, a każda z postaci grająca na scenie życia opowiada swoją historię, ale nie mówiąc, tylko patrząc. W każdych oczach niczym na dysku różowego Sony Vaio pewnej pięknej brunetki zapisany jest każdy dzień. Już widzisz, że czas nie wybiera, tylko tak czasem coś łapie za serce, gdy widzisz śmierć za życia w ciemnych jak oczy sarny, pięknych dwudziestoletnich…

Skrzypią drzwi, a do środka wtłacza się kolejny wędrowiec, staje u progu i miast schować się gdzieś krzyczy, pełnym przerażenia głosem…

Hey ! Where am I?

Z tyłu ciemnej komórki, rozświetlonej jedynie blaskiem ognia od kominka, wychodzi ogromny, zarośnięty, brodaty człowiek, staje na środku i zaczyna się śmiać głosem tak mocnym, jak dzwon w kościele wzywający na sumę… Wszyscy milkną patrząc raz na brodacza, raz na wędrowca…

You wanna know where you are?
Hahaha, it’s a gates to purgatory!

Muzyka znów zaczyna grać, postaci zwracają się ku sobie, udając rozmowę, zainteresowanie, taniec….brodacz niknie w mroku, a Ty patrzysz jak wędrowiec osuwa się na ziemię drapiąc tynk paznokciami. Podchodzisz do niego i mówisz…

Chodź! Chodź ze mną, póki nie jest za późno!
Gdzie, po co? Tam jest jeszcze gorzej niż tu…
Gdzieś musi być światło, ciepło, prawdziwe życie i radość!
Nie, ja tu zostaje…

Uderzasz w ogromne drewniane drzwi i wybiegasz na zewnątrz. Jest ciemno, sypie śnieg, mróz pokrywa szadzią cały świat, mimo to czujesz… Czujesz smak i zapach zimnego, świeżego powietrza, które jest jak kolejne uderzenie prądu z defibrylatora. Kręci ci się w głowie od nadmiaru tlenu i myśli o tym, co przed chwilą czułeś. Chwytasz za worek i ruszasz przed siebie, przez zaspy…

Gdzieś musi być łąka pod tą zmarzliną, muszę tylko iść dalej i kopać głębiej…..

Powtarzasz sobie jak mantrę, brnąc po pas w śniegu i nie słysząc, ani wycia wilka, ani trzasku pękającego jak zapałka pod wpływem mrozu pnia wiekowej sosny, która pada ci u stóp. Już wiesz, że zrobiłeś dobrze. Znów czujesz tę pewność, który to już raz?