„Chariots of fire.”

O porannym zmroku, 2 kwietnia 1982 roku wojska argentyńskie dokonały inwazji terytorium brytyjskiego na niewielkich, wulkanicznych wyspach położonych na południowym Atlantyku. Mowa oczywiście o Falklandach/Malwinach, które to stały się zarzewiem konfliktu między koroną, a pobliską juntą wojskową rezydującą w Buenos Aires. Stan gospodarki argentyńskiej, ciągłe szykany wobec społeczeństwa, polityka zamordyzmu, doprowadziły niemal do wrzenia. Co mówią stare książki, gdy jest problem wewnątrz i nie da się go rozwiązać? Należy poszukać wroga na zewnątrz i odwrócić uwagę tłumu. Tak też zrobił Leopoldo Galtieri, ówczesny dyktator kraju Gauchos. Doszedł do wniosku, że zajęcie spornego terytorium przywróci mu status w macierzystym kraju, da jego rodakom powód do dumy a także umożliwi mu dalsze rządzenie dzięki przekazowi – jest ciężko, ale przecież prowadzimy wojnę w słusznej sprawie. Ryzyko wyglądało na niewielkie, bo znaczenie owych wysp dość małe, Wielka Brytania czasy świetności imperium ma już dawno za sobą, odległość 16000 mil morskich, bliskość stałego lądu i macierzystych baz wojskowych…Galtieri miał kiepskich doradców.Manipulacja to najstraszniejsza broń współczesności…

Brytyjski garnizon w Port Stanley złożony z około 80 żołnierzy (w tym 57 z elitarnego oddziału SAS) broni się kilka godzin przez liczniejszym, około 600 osobowym oddziałem Argentyńczyków złożonych głównie z poborowych, zadając im stosunkowo spore straty przy braku własnych. Sytuacja jest niestety beznadziejna, wobec czego z Westminster przychodzi zaszyfrowana depesza z rozkazem kapitulacji. Nad Port Stanley łopocze niebiesko biała flaga ze słońcem w środku, zostaje wprowadzony stan wyjątkowy, zajęta lokalna rozgłośnia radiowa, która do końca wysyła w świat komunikaty o agresji a na lotnisku lądują pierwsze samoloty typu IA-58 Puccara oraz odrzutowce Super Étendard mogące przenosić bardzo groźną i nowoczesną broń w postaci rakiet przeciw okrętowych Excocet (pocisk typu fire and forget), mogących razić cele w odległości do 70km od samolotu nosiciela. Trafienie okrętu przez taki pocisk, przy ówczesnym stanie techniki zapobiegania jest niemal pewne, tak samo jak fakt, że cel zostaje wyeliminowany z dalszej walki (potężna głowica konwencjonalna zawierająca 165 kilogramów trotylu). Pociski te stanowią poważny problem dla dowództwa Royal Navy, nie trzeba chyba wspominać jaki efekt miałoby trafienie jednego z dwóch będących wówczas w służbie lotniskowców, mających na pokładach samoloty pionowego startu typu Harrier. Korona straciłaby możliwość reakcji a wyspy na zawsze przeszłyby pod władanie argentyńskiej junty.

Ówczesna premier Wielkiej Brytanii, Margaret Thatcher , zwana Żelazną Damą niemal natychmiast podejmuje decyzję o odzyskaniu wysp siłą, mimo akcji mediacyjnej ze strony Ronalda Reagana, prezydenta Stanów Zjednoczonych. Decyzja zapada 2 kwietnia o 19:30 a za kilka dni z portów macierzystych wychodzi flota Royal Navy, której trzon stanowią dwa lotniskowce HMS „Invincible” oraz HMS „Hermes” mające na pokładach łącznie 54 samoloty pionowego startu typu Harrier, uzbrojone w bardzo nowoczesne wówczas amerykańskie pociski typu powietrze-powietrze AIM-9 Sidewinder, które odegrały decydującą rolę w walce o przewagę powietrzną z siłami powietrznymi Argentyny, operującymi z baz lądowych. Do floty wypływającej z portów Wielkiej Brytanii dołącza armada stacjonująca w Gibraltarze i cały zespół operacyjny rusza w misję obarczoną ogromnym ryzykiem, której szanse powodzenia ocenia się na 30%. Szykująca się bitwa będzie decydować o statusie Anglii jako światowego mocarstwa. Ogromnym problemem jest lotnisko zlokalizowane na Falklandach, z którego mogą operować argentyńskie samoloty myśliwsko bombowe typu Super Entendar uzbrojone we wspomniane Exocety a także starsze maszyny typu A-4 Skyhawk oraz rodzimej produkcji IA-58 Puccara o napędzie turbośmigłowym. W niekorzystnych okolicznościach może okazać się, że brytyjska misja ekspedycyjna zostanie zmieciona z powierzchni morza zanim dotrze do celu. Wyeliminowanie tego lotniska z użytku staje się kluczowe dla powodzenia akcji. Rozważane są różne opcje, taki jak akcja żołnierzy SAS i wysadzenie pasów startowych, dywersja lokalna a nawet atak samobójczy. Ogromną przeszkodą jest odległość, Wielka Brytania posiada ciągle co prawda przeniesione do rezerwy bombowce strategiczne typu Avro Vulcan, ale żaden z nich nie był projektowany do uderzeń konwencjonalnych, poza tym awionika tych maszyn przypomina to co było używane w czasie ostatniego konfliktu światowego a tu wymagane jest precyzyjne bombardowanie wąskiego skrawka lądu. Decyzja zapada natychmiast – uruchamiamy operację zbombardowania Port Stanley, której zostaje nadany kryptonim Black Buck. Stare ale piękne, niszczejące maszyny , zbudowane w układzie kaczki gniją na pasach startowych, odstawione do rezerwy. Zostają przejrzane, gorączkowo wymieniane są liczne elementy eksploatacyjne, maszyny mają 22 lata, ale są sprawne. Awionika opiera się na analogowych instrumentach, podobnie jak urządzenia nawigacyjne czy celowniki. Kompletowane są załogi oraz planowane treningi w nalotach konwencjonalnych. Smaczku sprawie dodaje fakt, że Vulcan w zasadzie nie nadaje się do takich akcji, bo w założeniu miał wtargnąć w przestrzeń powietrzną wroga, zrzucić ładunek nuklearny i szybko się oddalić. Precyzja była sprawą wtórną, jako cel ćwiczebny została wybrana szkocka wysepka Garvie, co stało się natychmiast obiektem protestów ekologów, jako że była ona zamieszkana przez mewy, które ginęły setkami :/ RAF odpowiedział oficjalnie, że żal im ptaków ale są sprawy ważniejsze. Równocześnie załogi trenowały tankowanie w powietrzu za pomocą skompletowanych na prędce i zmodernizowanych elementach układów paliwowych umożliwiających pobieranie paliwa w locie. Kluczową rolę w planie miały wziąć latające cysterny typu Handley Page Victor, które tankując się wzajemnie oraz przekazując paliwo do Vulcana miały decydujący wpływ na powodzenie operacji. Tankowanie w powietrzu jest dość skomplikowanym manewrem, nawet w doskonałych warunkach pogodowych a tymczasem nad południowym Atlantykiem należało się spodziewać silnych turbulencji. Załogi szykowały się na śmierć, żegnając się z rodzinami i pisząc testamenty. Flota inwazyjna jest już w drodze a lotnictwo strategiczne wciąż nie osiągnęło stanu gotowości. Cel w postaci pasa startowego w Port Stanley miał zaledwie 40 metrów szerokości a trafienie weń przy użyciu analogowych celowników pamiętających drugą wojną światową stanowiło nie lada wyzwanie. W tym samym czasie Brytyjczycy zaczęli gromadzić dane wywiadowcze na temat argentyńskiej obrony przeciwlotniczej w Port Stanley. Nie wyglądało to dobrze, ustawione zostały nowoczesne baterie pocisków przeciwlotniczych typu Sea Cat oraz francusko-niemieckiej produkcji typu Roland. Całość uzupełniały szwajcarskie, szybkostrzelne działka typu Oerlikon. Zakładano, że misja skończy się fiaskiem, w najlepszym razie pojmaniem zestrzelonych załóg, zatem przekazano lotnikom ostatnie instrukcje przed lotem:

„Pamiętajcie, że jeśli będą was pokazywać w telewizji to mówiąc prawdę drapcie się w lewy policzek. Jeśli zmuszą was do mówienia kłamstw drapcie się w prawy.”

29 kwietnia 1982 roku dwa Vulcany dowodzone przez poruczników Martina Withersa i Johna Reeve’a wystartowały z bazy Waddington i po ośmiu godzinach lotu dotarły na Wyspę Wniebowstąpienia leżącą na środku Atlantyku, niemal dokładnie w połowie drogi między Afryką, a Ameryką Południową. Ta wulkaniczna wyspa będzie stanowić główną bazę wypadową brytyjskich sił uderzeniowych. Rano 30 kwietnie rozpoczęły się przygotowania do misji. Na pokłady każdego z dwóch Vulcanów wyznaczonych do wykonania zadania załadowano po 21 tysiąc funtowych bomb pamiętających jeszcze Adolfa Hitlera oraz gorączkowo tankowano Victory, które na odcinku ośmiu tysięcy kilometrów miały zaopatrywać misję w paliwo. W akcji miało wziąć udział aż czternaście latających cystern, cel był bardzo ważny. Skoro Port Stanley znajdowało się w zasięgu brytyjskich bomb, to także…Buenos Aires. Efekt odstraszania to bardzo ważne narzędzie w czasie międzynarodowych konfliktów.

29 kwietnia 1982 roku w bazie na Wyspie Wniebowstąpienia odbyła się impreza, suto zakrapiana alkoholem. To personel naziemny żegnał bohaterów idących na śmierć…Nikt nie mówił nic o misji, wszyscy wspominali dom, rodziny, żony i dziewczyny, które zostały w kraju. 30 Kwietnia wieczorem dwa bombowce strategiczne typu Vulcan wzbiły się w powietrze kierując się w asyście 14 tankowców typu Victor w kierunku Argentyny. Główne zadanie spoczywało na maszynie pilotowanej przez porucznika Johna Reeve’a. Bombowiec porucznika Martina Withersa stanowił zabezpieczenie – miał towarzyszyć głównemu wykonawcy przez 4 godziny, a następnie wrócić do bazy, jak w życiu stało się dokładnie inaczej. W głównej maszynie doszło do rozszczelnienia okna, co groziło dekompresją i zamarznięciem załogi w czasie lotu, zatem dowództwo operacji podjęło natychmiast decyzję o powrocie samolotu numer jeden i zastąpieniu go maszyną dowodzoną przez porucznika Withersa…Reeve wściekły wrócił do bazy a w tym czasie Withers przygotowywał się do pierwszego tankowania w powietrzu. Z ogona Victora wysunął się niewielki lejek, w który załoga Vulcana w czasie lotu miała trafić. Udało się, Vulcan spijał ceną benzynę lotniczą niczym spragniony beduin na pustyni. Kolejne tankowania nie poszły już tak łatwo, bo cała ekipa dostała się w strefę turbulencji i burz, nie mniej jednak walcząc ze sterami dowódcy bombowca wciąż udawało się uzupełniać paliwo.Ostatnie tankowanie miało miejsce około 300 mil przed celem. Martin Withers połączył się z cysterną pilotowaną przez Boba Tuxforda i rozpoczął pobieranie paliwa. Po chwili ku swojemu zaskoczeniu zobaczył dwa czerwone światła na kadłubie cysterny sygnalizujące, że za chwilę tankowanie zostanie zakończone.

– Co? Już??? – krzyknął z niedowierzaniem obserwując wskaźnik. Pobrał 7 tysięcy funtów paliwa zamiast spodziewanych 32 tysięcy. Wystarczy mu do celu, ale co potem?

Nie wiedział, że Bob Tuxford – pilot Vixctora nie mógł mu podać więcej. Okazało się, że latające cysterny same spalały więcej paliwa, niż się spodziewano. Dał Vulcanowi maksymalną ilość zostawiając sobie tyle, by móc wrócić na Wyspę Wniebowstąpienia. Doleciał na nią cudem, o mało nie wodując na Atlantyku.
Martin Withers musiał podjąć najważniejszą decyzję w życiu. Przerwać misję, wyrzucić bomby do morza i wracać do bazy, czy kontynuować nalot? Spojrzał na czterech pozostałych członków załogi. – Skoro dolecieliśmy aż tutaj, to nie możemy wracać – zdecydował i rozpoczął zniżanie w kierunku celu. Reszta załogi podniosła kciuki w geście akceptacji decyzji dowódcy. Byli gotowi na śmierć, byleby wykonać zadanie!

Dalszy lot odbywa się nad samą powierzchnią wody, co jest niesamowicie nużące z racji ogromnej prędkości i szybko umykającej powierzchni morza. Jest to jedyny sposób na uniknięcie wykrycia misji przez argentyńskie radary! Nawigator melduje problem – jego instrumenty podają różne dane, także nie może ustalić dokładnej pozycji bombowca. A musi to zrobić, bo inaczej bomby spadną poza lotniskiem, na przykład na domy w Port Stanley. Operator radaru wpatruje się w zielonkawy ekran. Nic. Na tej wysokości, na której lecą radar niczego nie pokaże. Muszą wznieść się wyżej. To jednak oznacza, że zostaną wykryci przez argentyńskie radary.
Trudno, trzeba podjąć ryzyko. Martin Withers podrywa bombowiec do góry i po chwili na ekranie radaru pojawia się zarys wyspy. Jednocześnie rozlega się pisk alarmu – zostali namierzeni przez Argentyńczyków. Czy za chwilę w ich stronę pomkną rakiety i pociski?

Nie pomkną. Służbę przy radarze na lotnisku w Port Stanley pełni młody argentyński oficer. Widzi Vulcana na ekranie radaru, ale bierze go za swój. Przecież to niemożliwe, żeby był to samolot brytyjski!
Vulcan gwałtownie wspina się na pułap 10 tysięcy stóp. Do celu pozostało sześć minut lotu.
Na minutę przed celem otwierają się klapy komory bombowej. Operator radaru uważnie wpatruje się w ekran i trzyma palec na przycisku zwalniającym bomby.

Teraz!
Z bombowca wysypuje się dwadzieścia jeden owalnych kształtów i leci w kierunku lotniska. Załoga Vulcana słyszy serię stłumionych wybuchów. Bomby dziurawią pas startowy, uderzają w budynki i niszczą argentyńskie myśliwce. Ginie kilku żołnierzy z obsługi lotniska. Vulcan wspina się w górę, skręca na północ, a z ziemi ścigają go pociski z dział przeciwlotniczych. Na szczęście żaden z nich nie trafia.

Whiters znów jest nad oceanem unikając serii argentyńskich pocisków smugowych, które przenikają powietrze na Port Stanley. Wyspa obudziła się i strzela do samotnego Vulcana z czego tylko się da, pilot wkładając cały kunszt stara się unikną przecinających powietrze pięknych, kolorowych paciorków, z których każdy może być ostatni! Znowu lecą nad oceanem, tym razem wzdłuż wybrzeży Argentyny i Brazylii. Nagle na pulpicie operatora systemów elektronicznych rozbłyskują lampki alarmów. Znowu ich ktoś namierza.

Ale kto?

Okazało się, że wykryły ich radary brytyjskich okrętów wojennych zmierzających w stronę Falklandów. Martin Withers rzucił w eter hasło „Superfuse”, oznaczające powodzenie misji. Wiadomość natychmiast dotarła do brytyjskiej floty, do bazy na Wyspie Wniebowstąpienia, oraz do Londynu.
Ale to nie był koniec kłopotów. Vulcan leciał już dosłownie na oparach paliwa, a na horyzoncie nie było widać śladu powietrznego tankowca. Jeśli nie pojawi się za kilka minut czeka ich smutny koniec misji w falach Atlantyku. Członkowie załogi wyciągnęli sprzęt ratunkowy i przygotowywali się na najgorsze.
W ostatniej chwili spotkali latającą cysternę i uzupełnili paliwo. Po kilku godzinach wylądowali na Wyspie Wniebowstąpienia, gdzie czekało ich gorące przyjęcie.

Zaczerwienione ze zmęczenia oczy pilotów Vulcana z niepokojem obserwowały pomarszczoną powierzchnię oceanu. A więc taki ma być koniec ich misji? Po wielogodzinnym locie i wykonaniu arcytrudnego zadania mają wodować pośrodku oceanu? Ciężki bombowiec leciał już dosłownie na oparach paliwa. Jeśli w ciągu kilku minut nie pojawi się latająca cysterna to silniki obetną i czeka ich śmierć w odmętach.

Nawigator sięgnął po jasnożółtą paczkę zawierającą nadmuchiwaną łódkę dinghy. Pozostali członkowie załogi wydobyli kamizelki ratunkowe i położyli obok foteli. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że szanse odnalezienia ich na bezkresnym Atlantyku są bliskie zeru.

Nagle przez owiewkę kabiny przeleciał jakiś cień. Tuż nad nimi pojawił się olbrzymi kształt powietrznego tankowca.

Napięta atmosfera w kabinie Vulcana prysła jak bańka mydlana. Lotnicy zaczęli ściskać sobie dłonie i poklepywać po plecach jak chłopcy z drużyny piłkarskiej po zdobyciu mistrzostwa szkoły.

Operator systemów elektronicznych wyjął przenośny magnetofon, włożył do niego kasetę i nacisnął „play”. Ciasną przestrzeń wypełniły dźwięki „Chariots of fire” Vangelisa. Czy już wszystko jasne? 🙂 Chwała bohaterom!