Rocznica śmierci Tomka Beksińskiego.

Dzień dobry. Dziś mija 16ta rocznica śmierci Tomka Beksińskiego. Był to człowiek, który w szczególny sposób odbił się na moim pojmowaniu świata i jego prawdziwej, niezakłamanej natury. Jego przemyślenia i nocne audycje pozwalały mi porządkować, to co czułem intuicyjnie od zawsze, nawet wtedy, gdy pełen radości i zapomnienia wpatrywałem się w wirujące na środku sali zakochane oczy pięknej dziewczyny. Nie uważam, aby był postacią tragiczną, dla mnie raczej do końca wolny człowiek, który NIGDY nie zgodził się z tym co zastał, podobnie jak ojciec i jego twórczość odbierany przez nazwijmy to główny nurt ludzkości jako dziwak, ekscentryk czy twórca czegoś, co było równie brzydkie jak jego wnętrze (mowa o Zdzisławie Beksińskim). Całe jego życie to było wołanie o opamiętanie się świata, o powrót do naturalnego porządku rzeczy, do odrzucenia kłamstwa, manipulacji, prymitywnych i zwierzęcych mechanizmów, jakie rządzą ludźmi. Z czasem coraz bardziej zamykał się w sobie aż do chwili, gdy poddał się na tyle, że chciał już spotkać wyłącznie jednego, jedynego człowieka, który nie pójdzie za stadem a zacznie myśleć. Bzdury o zdziecinniałym „chłopaczku” oglądającym westerny mogą opowiadać ludzie o zerowej wrażliwości i zrozumieniu ludzkiej psychiki i motorów naszego działania.

„Po namyśle doszedłem jednak do wniosku, że najbezpieczniej jest nie wychodzić z domu. A jeszcze lepiej nie czytać gazet, nie oglądać telewizji (poza filmami) i nie słuchać radia. Głupota otoczenia budzi w człowieku Michaela Douglasa. Zaś oglądając Bonda można jedynie odprężyć się psychicznie i żyć w błogiej – i bezpiecznej – nieświadomości otaczającej nas dżungli, którą kierują małpy uzbrojone w komputery.”

Owszem – uciekał w film, magię, Nosferatu ale była to forma izolacji od tego, co brzydziło go i przerażało o wiele bardziej niż jakakolwiek forma autodestrukcji, czyli za pędem stada, które kieruje się wyłącznie żądzą zysku, czy to w formie materialnej, emocjonalnej czy jakiejkolwiek innej. Nigdy nie pogodził się z obliczem ziemi, tej ziemi…

„Mój przyjaciel z lat licealnych, pan Waja, zacytował mi kiedyś Wielkiego Filozofa Nietzschego: Kto uważa ludzi za stado i ciągle przed nim ucieka, ten musi liczyć się z tym, że to stado dogoni go i weźmie na rogi. Następnie skonstatował: A niech mnie ch… biorą na rogi, ja ich p…. Podpisuję się pod tym.”

Wiele razy próbował odkrywać w ludziach pierwiastek człowieka, do końca wierzył, że istnieje choć jeden z nas, który w życiu potrafi się kierować wyłącznie własnym zdaniem i systemem wartości, do końca ufał, nawet wtedy, gdy jedna z licznych kobiet, które kręciły się wokół znanego dziennikarza zrugała Anię, za to że nie chce wziąć obrazu ojca wiszącego na ścianie w jego pokoju – ona by wzięła, a każdy inny, kto by nie wziął to frajer. Nikt nie wpadł na to, że geniusz w ten sposób przekonywał się o prawdziwych intencjach otaczających go ludzi. Weź ten obraz, chcesz pieniędzy? Proszę, w szufladzie jest dwadzieścia tysięcy, weź ile chcesz… Zapraszam Was na chińczyka…czekał, by choć na dziesięć jego gestów w stronę ludzi pojawił się choć jeden, bezinteresowny, skierowany w jego stronę. Nigdy nie pojął tego, co kosztowało mnie setki butelek wódki…że ludzie szanują jedynie to, co niedostępne, ukryte, zawoalowane, nawet jeśli to zwykłe gówno zapakowane w złoty papierek…Może nie tak? Zapewne rozumiał to, ale nigdy, ale to nigdy nie pozwolił sobie na życie w ten sposób, mimo że wielu, nawet bliscy przyjaciele chcieli mu „pomóc” wpisać się w stado…

„Zaczynasz się czuć jak pod lupą. Dookoła czai się krwiożercze stado życzliwych osób. Poznawszy twoją wybrankę, rodzina radośnie gdacze, że „nareszcie się ustabilizujesz”. Analizujesz znaczenie tych słów i dochodzisz do wniosku, że chcą z ciebie zrobić taką jak oni kołtuńską glistę z maszynki do mięsa w The Wall. Wiedzą lepiej, czego ci potrzeba do szczęścia. Zaś najbliższa (?) osoba zaczyna ci wytykać, że twój świat to fikcja i że trzeba dołączyć do stada zachłystującego się pełnią życia przy kieliszku w zadymionym pubie.”

Co bym nie napisał, to i tak będzie to wyłącznie pastisz tego co tworzył Tomek. Skala jego emocjonalności, wspinania się na wyżyny uniesień jest dla mnie i zawsze będzie źródłem inspiracji i tęsknoty. Zakończę może jeszcze jednym, jakże ważnym cytatem Mistrza oraz fragmentem jego audycji…

„Spójrzmy więc wstecz i wspomnijmy to, dla czego warto było żyć. Kruk Edgara Allana Poe. Zamek Karmazynowego Króla. 17 minuta Ech Pink Floyd. James Bond. Nights In White Satin The Moody Blues. Adagio Albinioniego. Kobieta Wąż (The Reptile) w kwietniu 1970 roku – seans w sanockim kinie San, kiedy po raz pierwszy i ostatni bałem się na horrorze. Atom Heart Mother. Andante z Tria Es-dur Schuberta. Tom and Jerry. Coca-cola i ketchup. Rzygający grubas w Sensie życia wg Monthy Pythona. Czas apokalipsy. Drugi koncert Marillion w Gdańsku, gdy Fish śpiewał Lawendy „tylko” dla mnie i Anki. Clint Eastwood i scena z rondlem w westernie Joe Kidd. O fortuna – pierwsza pieśń z Carmina Burana Carla Orffa. Twin Peaks. Wizyta w Domu Kobiety Węża (Oakley Court pod Londynem). Wzruszenie, gdy przyszło mi zapowiedzieć koncert Petera Hammilla w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy 14 października 1995. Miłość w czasach zarazy Marqueza. Lost Highway. Noc i poranek 31 maja 1998…
Wszystkie te chwile przepadną w czasie, jak łzy w deszczu.
Pora umierać.”

Zawsze doprowadzał rzeczy do końca…