10. Wojowniczka.

Jenny poczuła kolejny raz to dziwne wrażenie, jakby spadania w otchłań nie mającą końca. Gdyby ktoś obserwował ją wówczas leżącą w łóżku, zapewne zauważyłby jak gwałtownie ugina się jej gładkie ciało na wysokości mostka, a delikatne ręce próbują chwycić nieistniejące poręcze. W pomieszczeniu panował półmrok, mrugały jedynie zamglonym światełkiem diody droidów, obsługujących ich właścicielkę od strony hotelowej. Od czasu, gdy Jenny zajmowała się analizą danych dla Rady Starszych, przysługiwała jej pomoc w codziennych, często nużących obowiązkach. Pochłonięta głębokim snem będącym w fazie REM, nie była w stanie zauważyć, że na stoliku nocnym siedzi zwierzę, którego oczy świeciły w ciemności. Zdawało się być tak pochłonięte obserwacją tego jak reagowało jej ciało na to, czego doświadczała dusza w innym wymiarze, że wyglądało zupełnie niczym element dekoracji apartamentu. Nikt wówczas nie wiedział, że Rada Starszych używała tych futrzaków jako oczu systemu. Gdy tylko ktoś stawał się niebezpieczny, lub podejrzany, temu nagle w pobliżu instalował się zupełnie niespodziewanie całkowicie podporządkowany, ale jednocześnie chodzący własnymi ścieżkami Felis.

 
Tak było i tym razem, pewnego dnia Jenny wysiadając z droida zauważyła chorego i wycieńczonego zwierzaka, od razu zabrała go do automatu zajmującego się leczeniem, gdzie okazało się, że doświadczył on traumatycznych przeżyć po wypadku, najprawdopodobniej komunikacyjnym. Przygarnęła go, dała czas i ciepło a także strawę, także futrzak szybko dochodził do siebie stając się dobrym przyjacielem, powiernikiem w chwilach słabości, przytulanką a także obiektem, na którego Jenny przelewała mikro część swoich instynktów macierzyńskich. Wewnętrznie bardzo pragnęła budować własną rodzinę, mieć dzieci, stać się częścią czegoś wielkiego, co w perspektywie czasu zapewni jej nieśmiertelność. Jednocześnie strach przed niewłaściwym ulokowaniem uczuć przerażał ją do tego stopnia, że niszczyła niemal każdego kto zbliżył się do niej zbyt szybko. Dodatkowo wszystko utrudniał niesamowity urok osobisty jaki dobra, ziemska aura zapewniała jej w ramach testamentu po przodkach – prawdziwych ludziach. Miała dość wszystkich, którzy na drugim czy trzecim spotkaniu chcieli tak bardzo wejść w jej “posiadanie”, że oferowali siebie, zasoby, awans w pracy, cokolwiek byleby tylko była blisko. Kent był podobny, początkowo nieufny i zamknięty w sobie szybko zdał sobie sprawę, że Jenny nosi w sobie to, co ma prawdziwą wartość na Nimbu, a mianowicie człowieczeństwo. Przymiot tak deficytowy, że niemal nieobecny. Oczywiście od kiedy poczuł smak jej aury natychmiast zaczął popełniać błędy, które silnie zniechęciły ją do niego. Na szczęście ten projekt, myśl, pomysł wyrwania Nimbu z macek gnębiącej planetę Rady Starszych, oraz zmiana mieszkańców w szczęśliwe byty a nie dawców energii, wzbudziła jej entuzjazm i zainteresowanie jego osobą na tyle, by nie zamykać znajomości zupełnie. Miała mieszane odczucia, bo nie raz wyczuwała intuicyjnie, że nie jest on sobą. Może nie tyle sobą, co zdarzało się, że ten pół Karpezjanin a pół Nimbu miał dwa oblicza. To drugie, tajemnicze i nieodsłonięte a ratujące ich w opałach, nie dawało jej spokoju. Minusem wejścia w projekt Kenta i Miki były drastyczne zmiany w jej życiu. Jednym z nich było pojawianie się snów, które niczym nie różniły się od jawy…
 
Jenny odzyskała wzrok galopując pośród gęstego lasu na czarnym koniu czystej krwi arabskiej. Jasna grzywa, silne umięśnione ciało oraz zgrabna szyja zwierzęcia znakomicie korespondowały z jej smukłą postacią. Spojrzała na siebie zdziwiona, miała na sobie ozdoby średniowiecznej wojowniczki, miecz zatknięty w rynsztunku na plecach i włosy mocno spięte z tyłu, tak aby nie przeszkadzały w celowaniu z łuku. Była zdziwiona tym z jaką gracją i spokojem koń wykonywał jej polecenia omijając raz po raz zwalone drzewa oraz przeskakując liczne zwałki pokryte startymi wielkimi paprociami. Przez morze liści przebijały się raz po raz promienie słońca, powietrze pachniało żywicą, w górze zerwały się przerażone ptaki. W pewnej chwili spostrzegła, że nie jest sama, bo wraz z nią galopuje kilka innych, podobnie ubranych i tym samym rynsztunku dziewczyn. Każda piękna, zimna, skupiona bez krzty uśmiechu ani emocji na twarzy, tylko rytmiczny galop koni jakby w zwolnionym tempie nadawał piękna temu osobliwemu zjawisku. Świadomość przychodziła powoli, zaczynała rozumieć co się stało….nagle zaciągnęła gwałtownie lejce, kurz i resztki mchów spod końskich kopyt wystrzeliły w powietrze, kiedy rumak gwałtownie, niemal w miejscu zatrzymał się i zawrócił.
 
Stop! Zatrzymajcie się! Musimy to przyjąć! – wrzasnęła.
 
Pozostałe konie posłusznie wykonały zwrot i dopiero teraz było widać jak z mgły na końcówce puszczy wyłania się kilka postaci na ogromnych, ciężkich koniach ze spienionymi psykami i opancerzeniem na głowach. To byli Troglodowie, prymitywny odłam Karpezjan zamieszkujący okoliczne tereny i żyjący głównie z łupienia spokojnych osadników leśnych, żyjących w zgodzie z naturą. Jenny weszła im w drogę przez przypadek, gdy wraz z grupą swoich towarzyszek wpadła w miejsce rytualnego mordu dokonywanego z lubością przez Troglodów. Kilka celnych strzałów z łuku, oraz krótka potyczka z użyciem broni białej pokazała, że nie tylko brutalna siła się liczy, ale przede wszystkim spryt, inteligencja i umiejętność posługiwania się narzędziem walki.
 
Niestety nadchodziły posiłki a grupa Jenny składała się zaledwie z sześciu kobiet, co prawda równie silnych i zdeterminowanych jak ona, ale cóż mogły zrobić wobec przewagi kilkunastu ogromnych Troglodów? Rzuciły się do ucieczki i dopiero, kiedy Jenny zauważyła jak konie ścigających ich wielkoludów opadają z sił zdecydowała się zawrócić i przyjąć walkę. Szum powietrza tnącego przez szybko wystrzeliwane z kuszy strzałki zbiegał się z łoskotem ogromnych ciał padających na ziemię oraz rżeniem przerażonych koni. Ostatnich dwóch najsilniejszych Troglodów rzuciło się w jej kierunku unikając jakimś cudem gradu strzałek i wietrzyło łatwy łup. Jenny zawróciła konia gwałtownie i schyliła się na jego bok ruszając galopem w ich kierunku. Ogromny Troglod zamachnął się maczugą próbując trafić zuchwałą wojowniczkę, podczas gdy ta śmiałym wymykiem zmieniła pozycję na wierzchowcu przesuwając się na druga stronę. Zacietrzewieni oprawcy nie zauważyli nisko lezącego ogromnego pnia i obaj z całym impetem uderzyli weń łamiąc go na drobne kawałki. Kurz, huk, liczne odłamki lecące we wszystkich kierunkach znaczyły ślad Jenny, która właśnie zatrzymała się i z dziką satysfakcją patrzyła na to widowisko. Gwizdnęła dwa razy i wszystkie jej towarzyszki pomknęły w kierunku lizery lasu. Gdy tylko dotarły do ogromnej polany, ich oczom ukazało się ogromne, stare drzewo z rozdartym przez piorun pniem o średnicy kilku metrów. U podnóża klęczał starszy mężczyzna i zdawał się modlić albo medytować. Jenny zeskoczyła z konia, wyjęła miecz i z boku zaszła nieznajomego. W pewnej chwili na porytej zmarszczkami twarzy zasłoniętej częściowo przez długie siwe włosy ujrzała znajome rysy…
 
Kent! Co ty tu robisz? – zapytała chowając miecz za sobą.
 
Nie znam cię. Odejdź. – odparł klęczący mężczyzna powoli przesuwając głowę w jej kierunku.
 
Kent! Przecież się znamy! – odparła Jenny.
 
Nie znam cię.Odejdź. – tym razem poruszały się tylko usta mężczyzny.
 
Co tu robisz? – zapytała.
 
To moja sprawa. – odparł wstając.
 
Patrzył jej prosto w oczy z taką pewnością siebie, że Jenny musiała spuścić wzrok.
 
Nie musisz się mnie bać, powiedz co się stało? Jakim cudem jesteś w tym świecie? – Jenny odgarnęła włosy Kenta do tyłu nabierając pewności, że to on.
 
Nagle szaty mężczyzny odsłoniły się a na jego brzuchu dziewczyna zobaczyła twarz innego człowieka, oczy, nos i nieliczne włosy na czubku czegoś co przypominało głowę.
 
On ci nic nie powie. Już dawno nie żyje, tak bardzo chciał uratować własną żonę, że zgodził się na bycie hybrydą. – odparła twarz.
 
Jenny chwyciła ze miecz, który jednak niespodziewanie zamienił się w gorejący kawałek metalu, odrzuciła go czym prędzej patrząc na lekko oparzone dłonie.
 
Nie dasz rady. Nie zrobię ci krzywdy. – powiedziała twarz.
 
Kim jesteś? – zapytała.
 
Przeznaczeniem. – odparł karzeł.
 
Jenny cofnęła się, mimo że nawykła do różnych okropności, to co widziała wzbudzało w niej odrazę.
 
Wiedziałem, że tak zareagujesz. Rozumiem to, ale to jedyny sposób, bym mógł przemówić do ciebie bezpośrednio. – dodała po chwili twarz.
 
Jenny dopiero teraz zauważyła, że wszystkie jej wojowniczki stoją zmrożone niczym słupy soli.
 
Jak widzisz nic ani nikt nam nie przeszkodzi w tej rozmowie. – karzeł znów przemówił.
 
Nie kojarzysz mnie, bo trudno skojarzyć kogoś, kto nie istnieje w twoim wymiarze od kilku milionów lat. Tak to wygląda. Jestem twoim splątaniem kwantowym, pochodzimy z tej samej pary kwarka. Kiedy ginąłem uderzając w macierzysty reaktor w myśliwcu floty Karpezjan, ty byłaś po drugiej stronie, po stronie Ziemian. Rozdzieliła nas wojna światów. Był taki czas w co trudno uwierzyć, że współistnieliśmy razem bez konfliktów, kochaliśmy się, piliśmy wino i tańczyliśmy co wieczór. Później zło wzięło górę i całkowicie zawładnęło naszymi umysłami. Wszystkimi prócz mojego…
,
Zaraz! Ty jesteś Petrus! Ten który celowo zszedł z linii ognia i ocalił ziemię! Boże! Co się z Tobą stało? – Jenny mimo poczucia wstrętu przyskoczyła do nieruchomej, skrzywionej twarzy.
 
Tak to ja. Cieszę się, że zauważyłaś. – powiedział Petrus.
 
Jak mogłam nie zauważyć! To ten sam, który ci dałam wtedy, gdy pierwszy raz uderzenie mojego serca weszło w synchron z twoim. Masz go do dziś…
 
Twarz wyraźnie wzruszona ściskała krótkimi, pomarszczonymi dłońmi mały przedmiot przypominający świerszcza.
 
Widzę, że ty też nosisz talizman. – po chwili z brzucha Kenta wydobył się łamiący głos.
 
Noszę. Ale jak to się stało, że ty ciągle istniejesz? – odparła Jenny.
 
Ilość energii we wszechświecie jest stała a tylko forma ulega zmianie. Po jednej z wielu wielkich eksplozji, cały świat dąży do entropii. Nasze cząstki tak bliskie w fazie embrionalnej rozbiegły się po wszechświecie i tylko siła wiary może przezwyciężyć entropię. W chwili gdy zostałem trafiony i na ułamek sekundy przed zmianą formy w jakiej mnie znałaś, poczułem niesamowity przypływ energii, to było coś jak ponowne narodziny i śmierć w jednym. Wówczas w absolut uderzyła nieprawdopodobnie silna energia, tak silna że poruszyła jego fundamentami. Czas zatrzymał się, a ja miałem wybór. Albo zgubić nas na zawsze albo złożyć cyrograf, wybrałem to drugie. W zamian za bycie narzędziem, miałem prawo przez kolejne wcielenie próbować walczyć z entropią. Powiem ci coś w tajemnicy, Absolut sam ma z tym problem, bo jeśli entropia będzie rosnąć, to w końcu on sam również zniknie w pewnej nadbiegającej z nicości fali energii, zatem postanowił widząc moją siłę i wiarę spróbować eksperymentować i dać mi możliwość empirycznego udowodnienia faktu, że w tym morzu chaosu cząstki splątane elementarnie mogą się odnaleźć. Kent jest tylko powłoką, narzędziem, takim samym jak ja. On też szuka swojej cząstki elementarnej ale w wymiarze stworzonym przez mój umysł, tak jak ja szukam w rzeczywistości Absolutu. – Petrus wzdychnął głęboko, widać było, że mówienie męczy go bardzo.
 
Nic nie rozumiem! To kim ja jestem? – zapytała w końcu Jenny.
 
Wszystkim i niczym, początkiem i końcem, siła i słabością. – odparł.
 
To są same sprzeczności! – żachnęła się dziewczyna.
 
Bo to nie ma żadnego znaczenia wobec siły splątania kwantowego, im szybciej to zrozumiesz, tym prędzej będziesz wolna. – odparła twarz mówiąc już bardzo powoli.
 
Co ci się dzieje? – zapytała.
 
W tym wcieleniu kończy się mój czas, zresztą i tak kosztowało mnie to krótkie spotkanie 7% mojej ogólnej mocy sprawczej. To bardzo dużo, ale musiałem Cię zobaczyć na własne oczy. – powiedział Petrus.
 
Jenny dopiero teraz dostrzegła jedyny element, który nie zmienił się w stosunku do Petrusa, którego znała. Karpezjana, który zdradził braci by ratować ziemię, tylko dlatego że była tam ona. Żyło w nim czyste zło, ale zakiełkowało też dobro, które ona sama, jako piękna, młoda kobieta zasiała w nim w czasie, gdy byli sami na szczycie wszystkiego. Tym elementem były oczy.
 
Tak moja droga, oczy są zwierciadłem duszy – do zobaczenia, mam nadzieję wkrótce. Gdybym mógł ci powiedzieć od czego zależy nasz los i los Nimbu byłbym najszczęśliwszą istotą w Absolucie. – powiedział Petrus, którego oczy zgasły powoli a opuchnięta i pełna żyłek twarz osunęła się w dół.
 
Szaty Kenta zasłoniły się pod wpływem wiatru, liście znów zaczęły się ruszać, towarzyszki Jenny zeskoczyły z wierzchowców wietrząc niebezpieczeństwo.
 
Odejdź już. – powiedział Kent klękając ponownie pod ogromnym drzewem i medytując.
 
Jenny! Jenny! Uspokój się! – wrzeszczał Kent szarpiąc ja za ramiona.
 
Co się stało? – zapytała rozpoznając powoli wnętrze swojego pokoju.
 
Dzięki Absolutowi! Wreszcie kontaktujesz, siadaj proszę. – Kent przesunął ją w kierunku wirtualnego fotela i posadził delikatnie.
 
Ale co się ze mną dzieje? – Jenny była rozdygotana, każda część jej ciała wibrowała delikatnie z częstotliwością fali tła.
 
Zadzwoniłaś do mnie interkomem, żebym natychmiast przyjechał, bo grozi ci niebezpieczeństwo od jakichś Troglodów. Zapamiętałem tę nazwę, bo bardzo możliwe, że to hasło do jakiejś warstwy programistycznej albo zasobów kontrolera umysłów. Jak wszedłem tu, to wyglądałaś jak w amoku, byłaś zupełnie naga i biegałaś w bezładzie wrzeszcząc Petrus, Petrus! To jakieś halucynacje albo sen transgeniczny, ale to może być ważne. W szczegółach jest wszystko, co ważne dla naszej misji. Dłuższy czas chciałem cię przywołać do obecnej warstwy, ale bezskutecznie, dopiero teraz mi się udało. – powiedział Kent dysząc z wysiłku.
 
Podaj mi coś do picia. – powiedziała Jenny.
 
Kent podszedł do wywróconego barku i starał się zrobić jakiegoś drinka z nieporozlewanych resztek soków. W tym czasie stojąca na wirtualnym biurku drukarka kwantowa sama zaczęła wygrzewać jakieś pismo. Podszedł do niej i podniósł awatar z tekstem.
 
Widziałaś jakąś twarz? – zapytał po długim milczeniu.
 
Tak. To było okropne, wiem kto to był, ale tak naprawdę nie wiem, to znaczy tam, w tym śnie czy platformie wiedziałam a tu jest to już dla mnie obcy byt. To było okropne, nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. – odparła.
 
Kto to jest Petrus? – Kent nie miał litości.
 
Na Absolut, nie mam pojęcia! – odparła Jenny łapczywie pijąc podany napój.
 
Miałaś kontakt z Architektem wiesz? Jedno mnie martwi, że nic nie kojarzysz przyczynowo-skutkowo, a to może być klucz. Szkoda! – Kent machnął ręką.
 
Kent, ja ledwo żyję, ja nie chcę przez to przechodzić znów. – Jenny odstawiła szklankę na stolik.
 
Co czułaś? – zapytał.
 
Mieszankę strachu, miłości, bólu, niebytu i odwagi w jednym. To było fascynujące ale wyczerpujące. – odpowiedziała, uśmiechając się lekko.
 
Rozumiem, zajrzę do ciebie jutro wieczorem, to spróbujemy pozbierać to w jakieś notatki. Wiesz co tu jest napisane? – zapytał.
 
Gdzie? – odparła Jenny spoglądając w jego kierunku.
 
“Iterum videre morte sua superstites” – Kent podsunął pod twarz Jenny awatar z drukarki.
 
Co to znaczy? – zapytała.
 
Nie wiem, ale to chyba ważne… – dodał drapiąc się po końcówce nosa, zawsze tak robił, gdy się denerwował.
 
Słuchaj, ogarnij się bo za chwilę podjedzie dron, który zabierze cię do pracy, masz niecały sekstans. – rzucił Kent wkładając swój kombinezon antygrawitacyjny.
 
Nie mam siły. Nie dam rady tak żyć. – Jenny schowała ręce w dłoniach.
 
Dasz radę. Cel jest tego wart. Trzymaj się! – powiedział Kent znikając w zamykających się z sykiem sprężonego powietrza drzwiach.
 
Nastawał krótki dzień na Nimbu, dzień który tak wiele miał zmienić…Felis zeskoczył z kanapy, a jego wzrok utkwił w jednym punkcie…