Samojebka.

Wspominam dziewczynę, która mi się podobała, kiedy miałem 12 lat. Byłem wtedy w Rabce w takim ośrodku wczasowym położonym na obrzeżu miasteczka, w pobliżu przepływającego potoku. Zawsze żyłem bardziej marzeniami niż rzeczywistością, po prostu nigdy nie podobało mi się to co mnie otaczało w sensie ludzkim. Wchodziłem i wchodzę do reala tylko po zasoby 😉 Co innego przyroda, kamień, woda, słońce, księżyc czy nawet najciemniejsza bezksiężycowa noc. Mój świat jest tak piękny, że jedyne czego żałuję, to faktu iż nie mogę tam zaprosić żadnego z Was. To przepiękna ale i bardzo samotna kraina, może nie lodu, ale nie brak tam ogromnych pustych przestrzeni zlanych kolorytem zachodzącego słońca, zapachem drzew i skoszonej trawy. Czasem podobne miejsca udaje mi się odnaleźć w Bieszczadach.

Zawsze coś na siłę ciągnęło mnie do ludzi, a ci zawsze mnie odpychali. Zwykle jest tak, że odpychany człowiek nic z tym nie robi, po prostu zmienia towarzystwo, otoczenie, układ odniesienia. U mnie było inaczej, bo nigdy nie byłem w stanie zrozumieć mechanizmu każącego odrzucić mentalnie innego człowieka. Pamiętam ją jak dziś, niewielka, ładna blondynka uganiająca się za kolegą w typie cwaniaka z długą grzywą przeczesaną przez bok. Długo się zbierałem, żeby zagadać no i wreszcie przyszła okazja. Podszedłem i zapytałem w co się bawicie? Otrzymałem w zamian spojrzenie pełne jadu, nienawiści i czystego zła. Przeraziłem się. Zresztą to i tak nie miało znaczenia, bo kazała mi spadać. Zacząłem wtedy rysować. Najpierw pejzaże a później portrety. Każdy z nich przedstawiał ten zły wyraz twarzy, nienawiść, niechęć, zło, ból…Mam te rysunki to dziś, bo matka je wysłała gdzieś do jakiegoś konkursu, podobno coś tam nawet wygrała 😉 Nigdy później nie dotknąłem już ani ołówka ani pędzla.

Mam tam taką ścieżkę pod reglami, teraz już zabudowaną ale kiedyś zupełnie pustą z surrealistycznym widokiem jedynego budynku na zboczu Bani a mianowicie sanatorium Cegielskiego, który wówczas był wyposażony w zielone osłony balkonów. Do dziś nie jestem pewien, czy rzeczywiście tak było, czy myli mi się to z budynkiem NOTu w rodzinnym mieście? 🙂 Tak czy owak czas spędzony w dzikim zbożu z zeszytem pełnym szkiców był najlepszym jaki miałem do tej pory. Później przyszły mapy i dzielenie świata na obszary, studiowanie schematów organizacyjnych niemieckich dywizji pancernych i nieśmiałe próby ich modyfikacji. O czym ja miałem rozmawiać z rówieśnikami? Byłem dla nich po prostu przemądrzałym kretynem, zresztą chyba do dziś wielu ludzi mnie tak traktuje. Czasem mam nawet regres albo celowo ukrywam wiedzę w pewnej dziedzinie, w której toczy się dyskusja bo albo wywołuję polemikę i prośbę o wylegitymowanie się dyplomem wyższej szkoły gotowania na gazie w rzeczonej kwestii albo zamilknięciem, bo przecież nie mam prawa się wypowiadać w sprawach, w których nie mam kwitu. Jakoś to przeżyję, uczę się ciągle pewnego rodzaju asertywności, która polega na dostosowaniu się do warunków, w których przebywam. Mało brakowało a moja wylewność skończyłaby się poważną awanturą, której uniknąłem wyłącznie dzięki filozofii Bruce Lee, walki bez walki. Przyznaję rację, że inteligencja polega na umiejętności dostosowania się do otoczenia, jeśli jesteśmy w tym drugim świecie. Najważniejsze to dobrze grać, jak ludzie kupują, to gra muzyka. Człowiek będący sobą, przy dobrym aktorze jest goły jak święty turecki. To najtrudniejsza dla mnie ze sztuk, chyba nawet bardziej niż sztuka latania (wybacz Adam) – często świecę tyłkiem, bo kocham być sobą.

Pamiętam Wielką Grę, którą prowadziła Stanisława Ryster. Był taki odcinek o wojnie na Pacyfiku a jako, że wówczas w zasadzie nie opuszczałem ciasnego mieszkania, w którym przyszło mi spędzić dzieciństwo, to miałem naprawdę dużo czasu na czytanie i zaraz świeżo po lekturze Burzy nad Pacyfikiem Flisowskiego uderzyłem na eliminacje, które udało mi się przejść z pewnymi kłopotami (zapominałem nazwy japońskiego krążownika Mogami) , ale chyba wiek zrobił swoje. 😉 Występ musiał się odbyć w towarzystwie wujka, ze względu na mleko pod nosem, które miałem. Matka panikowała, że ją zamkną za brak nadzoru nad dzieckiem ;). Odpadłem w drugim etapie na pytaniach związanych z bitwą o Rabaul.

Później zaczęło się życie. Przerwałem studia, bo nie mogłem patrzeć na matematyka, który przyjeżdżał na uczelnię dużym fiatem z dziurawymi drzwiami i śmierdzącym niepranym swetrem. Nie widziałem się w tej roli. Później przyszedł handel. Buty po czterysta par sprzedawane braciom ze wschodu szły jak woda z przebitką 100%. Oczywiście na każdej widniała metka Made in Italy. Bydle ze mnie było, wiem.

Nadrobiłem wszystko później. Śmieszne te wspomnienia.

Reasumując wygląda na to, że mam problem z IQ i za wysokie EQ. Poza tym zawsze liczyłem tylko na siebie. Nikt nigdy mi w niczym nie pomógł, co utwardziło mi kark i pozwoliło oddzielić mój świat od tego z zasobami. Wspaniała rzecz jeśli nie można połączyć tych dwóch warstw rzeczywistości. Prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie życia wyłącznie w tym drugim, co wielu zacnym ludziom wychodzi bardzo dobrze.

Po co to piszę? Przyjmijmy, że nie wiem czy się chwalę czy żalę? Takie tam przemyślenia przy okazji porządkowania starych zdjęć.