Peak Four.

Ostry dźwięk budzika wyrwał Artura z objęć Morfeusza. W zasadzie była to formalność, bo i tak przez całą noc nie zmrużył oka gniotąc wykrochmaloną pościel niczym wtedy, gdy leżeli tam razem a ona bez przerwy chciała jeszcze. Dziś był ten dzień, czekał na niego długo, nikomu nie mówił, nie pisał, po prostu, gdzieś w jego środku płonął mały, mocny płomyczek, który należał do niej. Puste świece obok sprawiały wrażenie wypalonych w różny sposób. Jedne całe z ledwo upalonym kontem a i inne spalone do cna. Pośród tej ciżby ona – mała biała, ciepła w czarnej oprawie z jasnym znakiem dwóch splecionych proporczyków, takich starych i pożółkłych. Czasem chłopak zastanawiał się jak to będzie, gdy już siły odejdą, horyzont się zwęzi a słońce będzie wstawało tylko po to by przypominać te wszystkie wspaniałe chwile, gdy chwytał życie za grzywę i walił wprost w ogień niczym rasowym arabskim ogierem. Te świece…nie dawały mu spokoju. Wiedział, że każda z nich kiedyś zgaśnie, ciężko było się z tym pogodzić, szczególnie wtedy gdy siedział w upadłym Koloseum. Każdy z nas chyba ma takie miejsce. Boże, wiem że Cię nie ma ale jeśli jesteś to usuń proszę te najbardziej wypalone z mego wnętrza bym mógł w spokoju odejść do krainy wiecznych łowów. Napisał to na kartce jak modlitwę i zamknął w pudełku niczym kobieta skarby po wspaniałych kochanku, który odszedł na zawsze. Cud niepamięci…te najbardziej wypalone świece, to te które nigdy nie spłonęły do końca ale na tyle mocno by zrobić dziurę w aksamicie. W aksamicie absolutu, niewinności, czegoś z czym się rodzimy a później nam to jest odbierane, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, rok po roku…

Szybkie śniadanie, jajecznica skwiercząca na patelni Tefala, którą Artur wygrał w konkursie rozniosła się zapachem po całym domu. Kot dzielnie sekundował chłopakowi wiedząc, że nagroda za wkład w postaci obecności przy nim go nie minie. Pal sześć! Sam przyszedł, został, był! Artur miał w dupie czy robił to za michę czy a innego powodu. Nigdy go nie zawiódł a spokój jaki projektował swym życiem na niego pomagał ukoić zszargane nerwy…

Peak one – zawsze aktorka, piosenkarka, modelka, hostessa.

Pierwszy raz drogi ich gwiazd przecięły się na Heathrow. W ogóle to jakieś dziwne miejsce. Łącznik, hub, coś w rodzaju platformy teleportacyjnej do innych wymiarów duchowych. Artur nigdzie nie miał tyle errorów co właśnie tam. No może jeszcze w Paryżu ale o tym kiedyś indziej może? Biegł szybko z II na V bo miał tylko 45 minut na przesiadkę. Co prawda autobus w priorytecie podrzucił go do łącznika ale i tak trzeba było się zwijać dość mocno. Biegł wpatrzony w ekran telefonu kiedy nagle uderzył w miękką przeszkodę! To była ona! Książka wyleciała w powietrze zataczając łuk godny triumfalnego i z hukiem rąbnęła o atłasową podłogę terminala. Obok leżała dziewczyna gramoląc się niezgrabie. Od chwili, gdy Artur ujrzał jej twarz rozpoczął się etap poklatkowy jak go nazywał. Wszystko działo się jak w time shift w Max Payne, którego przechodził z zamkniętymi oczami. To było przerażające. Zawsze ten sygnał wzbudzał w nim panikę. Wiedział, że musi uciekać, zachowywał się nieracjonalnie i tracił grunt pod nogami a mimo to spinał się niczym Pudzian w siłaczach i robił to do czego został stworzony! Pierwsze wrażenie! Coś, czego nie da się nigdy powtórzyć, coś co otwiera wszelkie drzwi, daj siłę i kredyt na długie zimowe miesiące posuchy uczuć. Może dlatego później padał niczym blady trup ze zmęczenia. Jakieś gówno kazało mu robić w takich wypadkach wszystko, byleby osiągnąć cel. Zbliżyć się do niej…

Peak two – BPDS

Artur nachylił się dokładnie wtedy, gdy ona kucnęła, aby sięgnąć po książkę. Kolejne zderzenie, tym razem głowami było dużo bardziej bolesne. Matrix dbał o to, aby nic co pięknie nie rodziło się bez bólu.
Zostaw to, jest moje! – krzyknęła Karolina próbując wyszarpać książkę z ręki Artura.

Stał i trzymał ją z całej siły, byleby przedłużyć czas, gdy poprzez pośredni dotyk kredowego papieru płynął między nimi prąd. W końcu ustąpił. Dziewczyna żachnęła się, mimo że patrzył jej w oczy spalając się z szybkością saletry zmieszanej z cukrem w czasach, gdy był chłopcem i puszczał bączki. To było silniejsze od niego, glukoza szalała, strach wrzeszczał spierdalaj, paraliż sięgał najgłębszych pokładów świadomości a on…stał. I patrzył na nią, jakby była jego…

Nie było siły, by nie padła pod tym spojrzeniem. Mimo, że byłot o czystej wody oszustwo Artur nie mógł z tym nic zrobić. To się działo samo, wyzwalaczem była jej twarz, katalizatorem jego wnętrze a efektem spalania iskry, które aż sypały między nimi.

Poczekaj, poczekaj, poczekaj! – wrzasnął na nią niemal Artur.

Uspokój się! – to nie przypadek, powiedział patrząc jej w oczy mimo, że czuł jak traci przytomność.

Co nie przypadek? Że najpierw idziesz jak łamaga a później jeszcze uderzasz mnie w głowę? – odparła Karolina nie mogąc znieść jego wzroku, spojrzała w podłogę.

Poczekaj, uspokój się! Tu masz książkę i okulary. Przepraszam, to był przypadek – odparł Artur.

Tak naprawdę zabrakło 2% do tego by się przewrócił, w końcu uderzenie potylicą w trotuar byłoby wybawieniem z tych cholernych stanów uniesienia, których doświadczał zawsze, gdy spotkał jedną z nich. Jednocześnie te 2% wystarczyło, by zachował pełnię energii i władzy nad sobą. Dziewczyna czuła moc, która nie pozwalała jej się ewakuować w żadnym kierunku i mimo, że nos nieco bolał zatrzepotała rzęsami mówiąc – qrwa Ty chooju zrobiłeś mi to! Zaszczepiłeś kiełek siebie, który niczym pasożyt zaczyna we mnie wzrastać! Nienawidzę cię!

Zapraszam Cię na lunch w ramach przeprosin – odparł Artur trzymając gardę mimo drżących nóg.

Wiedział, że nie ma znaczenia kim jest, co robi, ile ma pieniędzy, wiary, wiedzy, jeśli uwierzy to zapanuje nad jej umysłem. Tak też się stało…
Siedzieli razem pałaszując Sushi w lotniskowym barze między drugim a piątym terminalem. Last call nic nie dał. Ani w jej ani w jego przypadku. Siedzieli naprzeciw patrząc sobie w oczy i milcząc a cholerny transfer uzupełniającej się energii trwał odbierając im ludzkie siły i możliwości oraz powodując, że świat zewnętrzy przestawał istnieć stając się ciągiem zer i jedynek otaczających ich zewsząd.

Słuchaj, właśnie odleciał Twój samolot! – Artur w końcu jako pierwszy złapał kontakt z Matrixem.

O Boże! Mama…byłam z nią umówiona, przepraszam muszę zadzwonić! – wyrzuciła z siebie Karolina.

Dobrze, ja też niestety muszę zadzwonić… – odparł Artur Gutner​

Ich cztery metry kwadratowe rozbiegły się w postaci przeniknięcia do innych wymiarów. Ona rozmawiała z mamą a on z nią. Próbował jej wytłumaczyć, czemu jutro w Waszyngtonie nie ma po co na niego czekać. To nie była łatwa rozmowa, ale Matrix nie zna litości, poza tym ona też niszczyła go na co dzień próbując zdobyć przewagę w walce, która nigdy poza Absolutem nie ma sensu.

Zostali razem. Wynajęli tani hotel koło lotniska, w którym pościel została zmięta jak samo jak Artura dziś. Madzia zagadała raźno. Mam mało czasu pomyślał Artur poprawiając krawat. Wiedział, że Karolina lubi jego biznesowy image bardziej niż ten codzienny. Absolut realizując swą misję kazał mu się dostosować. Tak też się stało, z tym że Artur poszedł dalej. Bardzo chciał podkreślić wyjątkowość Karoliny, która miała przylecieć dziś z RPA specjalnie dla niego. Na szczęście miał kolegę w Muzeum Narodowym, który obiecał mu wypożyczyć…zbroję.

Siema Mirek, będę za dwadzieścia minut. – rzucił w słuchawkę Artur mijając rondo z palmą w Wawie.

OK, ale jest deal? – zabrzęczał głos w słuchawce.

Jest deal. Jak coś uszkodzę to płacę! – odparł Artur.

Git. – rzucił głos po drugiej stronie kabla i zamilkł.

Szybko pakował elementy złotej zbroi w odpowiednie torby, tak aby nie zniszczyć oryginału. To były bardzo poważne pieniądze, bo całość oporządzenia została wyceniona na ponad 200tys złotych. Nie miało to znaczenia, bo najważniejsze było to, aby żaden element spektaklu nie był sztuczny! Artur zajechał na górny parking na Okęciu. W bagażniku leżało 100 róż kupionych na pobliskim bazarze. Chłopak znał wiele z tych wspaniałych, zapuszczonych i zniszczonych życiem kobiet, które podziwiały i jego i wybrankę za to co dla niej robił. Jego bukiet był zawsze odpowiednio przystrojony i piękny. W końcu dojechał. Stanął na płatnym parkingu godzinowym i zaczął się przebierać. Kolczuga, nagolenniki, naramiączki, qrwa – jak oni w tym chodzili? No trudno. Po pół godzinie walki w końcu zakuty w złotą zbroję zabrał setkę róż i ruszył w kierunku Terminala numer jeden na Okęciu. Ludzie mijający go albo bili brawo albo pukali się w czoło. Szczerze? Miał to w doopie.

Drzwi otworzyły się automatycznie i Artur przez wąskie kreski w zbroi otaczającej jego twarz ujrzał drzwi automatyczne, z których wychodzili różni ludzie. Wkrótce wyszła też ona. Kiedy zobaczyła, że wszystkie kobiety czekające na swoich facetów w terminalu zazdroszczą jej, załapała złotego rycerza za rękę i krzyknęła…

Chodźmy stąd jak najszybciej !

Artur ruszył ciągnięty przez Karolinę w kierunku wyjścia. Dziewczyna pędziła mimo wózka dźwigającego jej bagaże. Chłopak starał się dotrzymać jej kroku ale zbroja ograniczała go straszliwie, w końcu próbując dotrzymać kroku Karolinie. Wyrżnął zarywając banią w trotuar i natychmiast tracąc pewność siebie. Natychmiast podbiegło do niego kilka kobiet, które Karolina starała się zignorować…Podniosły go wśród owacji braw przypadkowych ludzi…To chyba miało swój wpływ na Karolinę, bo do końca spotkania była wyjątkowo miła i spolegliwa. Nad nimi otwierały się wrota niebios, które on potrafił docenić zwłaszcza wówczas, gdy pędził 240km na godzinę w kierunku Sochaczewa a ona przechylona przez siedzenia szukała czegoś w torebce z tyłu…

Bryza w Juracie przywitała ich słońcem, piasem i klimatem Helu, niedostępnym nigdzie poza półwyspem…

Dotknęli boga i rachunek musiał być opłacony. Nie ma nic za darmo na ziemi, tej ziemi…

Łódka jak z Miami Vice zagadała mocą 600 koni…
Dzień zapowiadał się słoneczny i ciepły…