Błysk flatrona.

Przelatujące przez okienko na ekranie starego Flatrona nicki ludzi z chatu mieszały się z puszczanymi masowo tekstami, tworząc mieszankę iście mącącą w głowie. Artur lubił patrzeć na to zjawisko, kiedy zmęczony po pracy siedział w fotelu. Na jego twarzy błyskała niebieska poświata. Znów był sam, tym razem wiedział, że nie będzie już jej gonił. Czuł to i wiedział jakimś niewyobrażalnym spokojem, który mimo zatykającego korka w gardle nie chciał ustąpić a ręka w żaden sposób nie chciała sięgnąć po staromodną słuchawkę aparatu telefonicznego, typu Tulipan.
 
W pewnej chwili losowo kliknął w postać z napisem gunia5.
 
Cześć, co słychać? – zapytał.
 
Banalna zaczepka zamieniona w ciąg zer i jedynek pomknęła z szybkością kilkudziesięciu kilobitów wprost do starego, kablowego modemu, stamtąd poprzez plątaninę kabli z szybkością światła wbiła się do innego interfejsu, który przetworzył ją na obraz identyfikowalny przez ludzki mózg…
Na ekranie błysnął tekst…
 
Artur wstał, poszedł do kuchni. Zrobił herbatę i zapalił papierosa. Kątem oka dostrzegł Opla Vectra, który stał pod blokiem. Przechodzący obok dres z rozmachem kopnął w lusterko, który urywając się odleciało o dobre kilka metrów. Później to był już czysty impuls, Artur bez koszulki w samych spodniach wybiegł z najdłuższym nożem, jaki znalazł w kuchni i zniknął w mroku. Po chwili dopadł do bloku, otworzył ciężkie drzwi i wpadł do środka. Stali tam. Było i szczęściu. Na widok szału i pary buchającej z rozgrzanego biegiem ciała Artura odskoczyli po ścianach. Papieros wypadł z ust….
Artur stał i milczał…ależ oni się wtedy bali. Wówczas neurony w głowie chłopaka przesłały jasny sygnał. Co ty robisz człowieku? Czym się różnisz w tej chwili od bydlaka, który odreagował na martwym przedmiocie fakt, że jakaś tępa dzida, której jedyną wartością było to, co mamusia w genach dała doprowadziła go do ostateczności?
 
Chłopak opuścił nóż i bez słowa wyszedł z klatki. Szedł coraz szybciej oglądając się czy za nim nie idą. Póki nie zniknął za rogiem z klatki nikt nie wyszedł. Zaczął znów biec…wpadł do domu, zlał głowę wodą wkładając ją pod kran nad wanną.
 
Qrwa! Opanuj się człowieku… – pomyślał.
 
Sięgnął po kolejnego papierosa, poskładał resztki urwanego lusterka i położył je na podłodze w przedpokoju. Usiadł na fotelu a jego twarz znów wypełniła się błękitem emitowanym przez starego Flatrona. Na ekranie migał napis…
 
Cześć, fajnie! Wróciłam właśnie z dyskoteki! – odpisał ktoś po drugiej stronie.
 
A wybierzesz się ze mną następnym razem? – automatycznie kliknął Artur.
 
Zawsze miał tak, że podświadomie czuł, że coś ma/musi zrobić. Zastanawiał się dopiero później. Było to niezwykle rzadkie zachowanie w jego wypadku, bo kochał wszystko przemyśleć i dopiero działać, ale jednocześnie był to dla niego czytelny sygnał, że mimo braku racjonalnych przesłanek do takiego czy innego działania było ono nieuchronne. Coś jak krzyk kierowcy w spadającej w przepaść w Arizonie kabinie ciężarówki nic już nie zmieni, ale jednak trwa wypełniając przestrzeń swą barwą…tak miało być.
 
A skąd jesteś? – zapytał ktoś po drugiej stronie kabla.
 
Mieszkam niedaleko Warszawy – odpisał Artur.
 
No to będziesz miał trochę na te tańce… – odparł kursor.
 
To był początek, jakich wiele, bo taka jest natura ziemi, tej ziemi. Każdy z nas rozpaczliwie szuka kogoś, kto nas dopełni, zrozumie, odnajdzie drogę do raju zagubionego, w którym myśli, słowa, czyny stanowią spójną całość jednego organizmu tak doskonałego jak absolut.
 
A gdzie te tańce? – zapytał Artur.
 
A w Katowicach – odparł kursor.
 
Pisali jeszcze trochę o pogodzie, kinie, zainteresowaniach, ludziach. Artur wyraźnie czuł, że zainteresowanie jego osobą rosło w tempie równym jak jego ciekawość odnośnie kogoś, kto sprawiał, że kursor na jego Flatronie mrugał wesoło zdając się puszczać oko. Ta metamorfoza w optyce świata już nie dziwiła chłopaka. To my sami i to, co nas otacza stanowi o optyce widzenia. Człowiek jest ślepy a oczy i wzrok to jeden z największych wrogów, bo jedyne, co robi, to projektuje iluzję. Jedynym elementem, którego warto słuchać to serce. Ale nie to w postaci pompki ukrytej wewnątrz, tylko małego fragmentu szarej, galaretowatej niczym pokarm w Matrixie masy schowanej w głowie. Tylko tam rodzi się świat, dobro, zło, piękno, brzydota, ból, radość, niespełnienie bądź miłość.
 
Pisali ze sobą, co wieczór. Zdawkowe, nudne teksty, które zabarwione odpowiednim kolorem z palety barw, jaka rodziła się właśnie w ich głowach zamieniały się w najpiękniejsze listy miłosne, jakie znał świat. W końcu Agnieszka nie wytrzymała…
 
Słuchaj…możesz mi wysłać swoje zdjęcie? – kursor obwieścił przejście na kolejny próg mieszania się neuronów w ich głowach.
 
Artur był w rozterce. Co prawda Gośka wyprowadziła się miesiąc temu, ale formalnie nadal byli razem. Nigdy nie padło sakramentalne – to koniec. Z drugiej strony, czy to ma znaczenie? Można się żegnać setki razy słowami, które giną niczym larwy motyli wystawione na żer ptaków, niczym dźwięk krzyku w górach, jak grzmot błyskawicy. Ważne jest to, co w neuronach. Można być daleko a blisko, można być, blisko ale daleko, bo taka jest struktura i oblicze ziemi. Tej ziemi. Każdy wie, ze to prawda, ale mało, kto potrafi się do tego przyznać. To prawda. Artur nadal tkwił mentalnie w głowie Gośki a ona w jego, mimo że krzyk ciszy przedzierał się przez martwą przestrzeń między nimi wypełnioną obrazami tworzonymi przez absolut.
Obrócił pytanie w żart, tym bardziej, że nigdy nie był zadowolony ze swojego wyglądu. Pewnie, że to forma ucieczki, bo można się oszukiwać niczym stada kobiet robiące sobie to nawzajem – Krysiu, pięknie wyglądasz! Jak młodo! Boże, nie poznaję Cię. Prawdziwe piękno nie wymaga komplementów, podobnie jak absolut. Zresztą, gdyby miał twarz Til Schweiger grając w filmie Manta, Manta to pewnie nie zajmowałby się rozwojem duchowym, czytaniem, parciem do przodu na każdym polu, na którym efekt hiperkompensacyjny dawał mu szansę na sukces – nie da bozia świni rogów, bo by ludzi bodła, jak mawiał jego najlepszy kumpel i chyba coś w tym było? Tak walczył p powalający na kolana sukces, mogący, choć na chwilę zabić niespełnienie na tym właśnie polu. Gośka była najładniejszą dziewczyną w mieście. Śliniły się do niej dziesiątki chłopaków oferując jej wszystko począwszy od czasu po bilet do kina, wspólne zakupy. Byle, choć przez chwilę pokazać się na mieście w jej towarzystwie. Artur był inny. Poznali się na domówce, przyszła ze swoim chłopakiem, graczem drużyny koszykowej ze szkoły, do której uczęszczał Artur. Podobała mu się, ale wiedział, że uderzając niczym szarża kawalerii dostanie się pod ciężki ogień wroga a jego siły ulegną stopieniu do reszty. Zaczął się dobrze bawić. Tu zagadał, tam zagaił i ni z tego ni z owego zorientował się, że siedzi wokół niego wianuszek dziewczyn słuchający z otwartymi ustami opowieści o króliczej norze. Po chwili przyszła i ona. Co prawda zmierzyła go jak pies patrzący na gówno, które spotkał na drodze, ale on już wiedział. To było w jej oczach. Przegrałaś mała…już przegrałaś.
 
Słuchaj, dlaczego się tak zachowujesz? – Gośka w końcu zagadała pierwsza do Artura.
 
Ja? – Odparł Artur.
 
Czuł jak nogi mu się gną, ale za chwilę przyszło uspokojenie…to tylko deficyty, to tylko kwestia deficytów – krzyczał sam do siebie wewnątrz.
 
Nie chcę Ci przeszkadzać, cieszysz się taką atencją wszystkich… – odparł patrząc jej w oczy, mimo że prawie nie zemdlał. Natura nie ma litości.
 
I jeszcze jesteś sarkastyczny – powiedziała.
 
Być może trochę? Podobasz mi się, więc mnie paraliżujesz w pewien sposób – odparł.
 
Stali w milczeniu.
 
I co? Nie będziesz się starał zainteresować mnie sobą? – zapytała.
 
Nie – odparł po chwili.
 
To już się stało, nie zauważyłaś tego. To dobrze – dodał.
 
Gośka uśmiechnęła się. Tańczyli razem do rana, wzbudzając sensację i prowokując niemal bójkę. To było bez znaczenia, bo świat, absolut, Cała Jaskrawość zawęziła się do 4 metrów kwadratowych stanowiącą przestrzeń między nimi. Dalej było klasycznie, seks jak z bajki, spacery, wspólne wyjazdy. W głowach kręciło się ze szczęścia. Świat był piękny i pozbawiony zakrętów do czasu, gdy Artur przez kłopoty w pracy nie zaczął opuszczać gardy. Stał się nerwowy, niepewny -wiedział i czuł, że jeśli zawali kręgosłup życia to reszta posypie się jak domek z kart. Gośka nie rozumiała wówczas tego wszystkiego żyjąc w bajce. Było jej dobrze i nie chciała, aby cokolwiek uległo zmianie. Byli parą fajnych gówniarzy, którym wiodło się dzięki sprytowi Artura lepiej niż innym. W końcu Artur nie wytrzymał już ciągłego gradu shit testów mających podświadomie sprawdzić jego siłę wewnętrzną.
 
Eksplodował i wygarnął jej wszystko, co myślał. To było jak zimny prysznic. Popłakała się, wybiegła z domu….
 
Artur uderzył pięścią w drzwi od łazienki tak mocno, że przebił je na wylot. Pękająca szyba rozpruła mu nadgarstek. Przedpokój zamienił się w rzeźnię, którą chłopak starał się opanować ręcznikami. Opanował się. Mimo bólu zdjął uszkodzone drzwi i wyniósł je do piwnicy. Posprzątał wszystko. Usiadł w fotelu i zapalił papierosa. Patrzył przed siebie czując zupełną pustkę…
Skrzypnęły drzwi i weszła Gośka. Bez słowa wyjęła torbę i zaczęła się pakować. Zwinęła najpotrzebniejsze rzeczy i bez słowa wyszła. Nie było jej już miesiąc, mimo, że Artur, co dzień kładł się spać z jej koszulką nocną a reszta jej rzeczy leżała tak samo jak wtedy, gdy wyszła. Nawet szczoteczka do zębów i kosmetyki zdawały się zastygać na półce tęskniąc za swoją właścicielką.
 
Flatron mrugnął znów…
 
To, co wyślesz mi to zdjęcie? – zapytała Aga.
 
A wyślę jej, może się to szybciej skończy? Po co przeciągać temat w nieskończoność? – pomyślał.
 
Wysłał fotę i wyłączył komputer. Minęło kilka dni ostrej pracy, zadań i skupiania się na zasobach. W sobotę wieczorem znów piekielne pudełko rzuciło cień na ścianę.
 
Zadzwonisz do mnie? To mój numer… – kursor mrugał znów radośnie.
 
Rozmawiali do rana. Właściwie cała noc to był błysk, wyrzut lawy z gorącego wulkanu, grzmot na nocnym niebie. Wybiła siódma…
 
Połóż się spać, ja muszę iść do pracy – powiedział Artur.
 
Zwariowałeś? Ja nie zasnę teraz przez kilka dni… – odparła.
 
Znów praca, znów życie, znów szarość wrześniowego dnia. Nastała środa, 16 września. Piękna, słoneczna pogoda nastrajała radością ludzi w tym także Artura. Na starym analogowym Centertelu wystukał 9 cyfr. Znów dwie godziny słów rozbijających ich baszty obronne. Przebudził się na chwilę orientując się, ze świat znów nie istnieje, mimo że miedzy nimi było więcej niż 4 metry…
 
Słuchaj! Siedzę w samochodzie już dwie godziny i uśmiecham się do słuchawki jak wariatka aż mi jakieś chłopaki co remontują drogę brawo biją i mnie podrywają! – szczere wyznanie było najlepszym komplementem dla Artura.
 
Muszę się z Tobą zobaczyć! – powiedziała.
 
Dobrze, będę 20tego w Mikołowie, odbierał dokumentację obiektu, więc zapraszam Cię na kawę – odparł Artur.
 
Świetnie! Zmykam, bo się spóźnię na uczelnię a już i tak zawaliłam wykłady – powiedziała Agnieszka.
 
Kurde! Co Ty robisz chłopie? A Gośka? Przecież to nie fair…dobra, pojedziesz wypijesz kawę, pogadasz i wrócisz. Co ci szkodzi, przecież to daleko i w ogóle nie ma, co dramatyzować. A może to ciekawa dziewczyna?
 
Artur stał z pracownikiem na terenie budowy, był nieco nerwowy, bo zbliżała się 14ta. Starał się skupić na uzgadnianiu i przekazywaniu szczegółów projektu, kiedy na plac wjechał z impetem obniżony Ford Focus pierwszej generacji. Typowy pazur, wersja specjalna, silnik dwa litry i obniżone lekko, ale fabrycznie zawieszenie. Ostry zawodnik. Otworzyły się drzwi i wysiadła z nich dziewczyna. Obaj i Artur i pracownik patrzyli z daleka na to zjawisko niczym zahipnotyzowani, tym bardziej, że operujące mocno słońce tworzyło naprawdę piękny obrazek….
 
Panie Zbyszku, chodźmy do budynku, bo chciałem coś panu pokazać – powiedział Artur, ruszając na nogach jak z waty w obranym kierunku.
Stanął w środku i przez okno patrzył jak zjawiskowa kobieta szukała czegoś gorączkowo w torebce. Po chwili telefon Artura zadzwonił.
 
Hej, tu Aga, gdzie Ty jesteś? – zapytała.
 
Dopiero teraz połączył jej ciepły głos z tym, co do jego mózgu przekazywały kamery w postaci oczu.
 
Już wychodzę – odparł falsetem i rozłączył się.
 
Podszedł do nie niej, podał rękę i chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie. Stał bezbronny jak dziecko. On guru logiki, matematyki, młody obiecujący biznesmen zarządzający ponad setką osób w wieku 23 lat. Dramatu sytuacji dodał fakt, że dziewczyna zaczęła poprawiać w dość zmysłowy sposób długie, gęste, czarne włosy widząc zakłopotanie na twarzy chłopaka.
 
Uspokój się… – powiedziała cicho dotykając jego drżącej dłoni i całując go w policzek.
 
Chodź, jedziemy do mnie. Zapraszam Cię na obiad. – powiedziała chwytając go za rękę.
 
Nawet nie zorientował się, gdy wypełnił wygodny, kubełkowy fotel niebieskiej foki. Silnik radośnie zagadał i auto ruszyło ostro w stronę Gliwic. Dotarli do domu. W końcu był w stanie mówić, wróciła logika i pewność siebie. Ona nie gryzła! 😀 Wyszli na spacer z jej psem, świat, budowa, zobowiązania przestały istnieć. Telefon dzwonił jak oszalały, ale jego świat, ich świat to znów było 4 metry kwadratowe. Wrócili do domu, Aga nastawiła czajnik chcąc zrobić kawę. Wtedy to się stało. Znów zrobił coś, na co nie miał wpływu. Chwycił ją mocno, rąbnął o blat w kuchni i lubieżnie zerwał spodnie razem z bielizną. Była w takim szoku, że nie protestowała. Stało się…po prostu tak miało być. Nigdy nie wierz w to, że on się boi, że ma gorsze dni, że nie jest pewien…takie rzeczy dzieją się same. Czemu? Bo tak jest w scenariuszu. Rozpoczynał się piękny okres w ich życiu, mimo dystansu, jaki ich dzielił. Artur przecinał w nocy zimne powietrze lampami Vectry. Był na innym poziomie tego, co go otaczało. Wszystko zadawało się sprzyjać jemu, życiu, światu, ludziom…nawet biznes poszedł lepiej.
 
Magia 2x+y=10, gdzie wynik z góry był znany robiła swoje a wszelki opór jest karany bólem i niespełnieniem. Artur jeszcze nie rozumiał tego wszystkiego, ale podświadomie czuł, że idzie w dobrym kierunku. Do czasu…do czasu, gdy do gry ponownie…weszła Gośka. O tym jednak, kiedy indziej…Dziś niech świat eksploduje feerią barw, choćby miał się skończyć jutro.