Dostałem list.

List od kolegi z pewnego forum dyskusyjnego. Co by mu tu odpisać kurcze…?
 
Cześć Artur.
 
Stało się. Dziś dołączam do świętej wojny Kotona. Bycie sobą to eksperyment, którym próbowałem wykazać, że wszystko czym jestem , czyli dobro, empatia, współczucie, zrozumienie, bezinteresowność rządzi tym światem, tylko mój pech polega na tym, że trafiałem na niereprezentatywną grupę ludzi. Od czasu rozstania z dziewczyną (rzuciłem ją bo się puszczają, przez pół roku z połową miasta) poznałem osobiście kilkanaście kobiet, z niektórymi z nich zawarłem bliższe znajomości, kilku kolegów i o ile w każdym z nas odkryłem pokłady (często ukrytego) dobra, o tyle nie udało mi się to poza jednym wyjątkiem w przypadku kobiet. Ta jedna zresztą wskazywała empatię i wzajemność bo jej zegar biologiczny wybijał koniec czasu, gdy była pięknym kwiatem a zaczynał odliczać upływ zdarzeń dodając zmarszczki do jej twarzy. Kiedy mogła, była jak reszta – pusta i próżna. O ile bokser spotkany w ciemnym zaułku ulicy, znający swoją przewagę nad przeciwnikiem często honorowo odejdzie i nie wykorzysta jej, tak piękna kobieta bez skrupułów wykorzysta swoją urodę celem zgnębienia każdego, kto się podda. Chyba chodzi o poczucie wartości, rzeczywiste versus niestabilne o oparte na genowym fuksie? Nie zamierzam juz dochodzić, bo życie ucieka a jest…naprawdę piękne 🙂 Potwierdziło się to co wiedziałem , a w co nie chciałem uwierzyć, bo wydawało mi się to strasznie nie ludzkie. Różnie odbierałem oburzenie kobiet jako skutek tego, do czego odchodziłem ucząc się mozolnie o tym, co naprawdę nimi kieruje, bo i pokłady dobra i zła w ludziach mają różne oblicza. Na podstawie doświadczeń empirycznych stwierdzam, że w przypadku kobiet liczy się wyłącznie siła i bezwzględność a wszelkie objawy ludzkiego podejścia są traktowane jako słabość. Maskowałem się na różne sposoby imitując zarówno twardziela jak i totalnie rozpieprzonego emocjonalnie gościa, który ma problem z ogarnięciem życia. W pierwszym przypadku dobierałem się do waginy najpóźniej na drugim spotkaniu a emocje eksplodowały z siłą reakcji nuklearnej, by wypalić się natychmiast, gdy stawałem się człowiekiem a nie robotem psychopatą. Im bardziej okazywałem ludzką twarz i zrozumienie, tym bardziej zainteresowanie moją osobą spadało. Stwierdzam na podstawie tego co doświadczyłem, że niemal każda kobieta próbując wejść ze mną w interakcję miała przed oczyma nie mnie tylko narzędzie. Byłem zatem:
 
1)Bankomatem.
2)Zabawką.
3)Pocieszycielem.
4)Zimnym skurwielem lejącym po dupie.
5)Wsparciem przy dymaniu innego faceta.
6)Tamponem emocjonalnym.
7)Kolesiem, którego trzeba było ratować.
8) Dawcą materiału genetycznego.
 
W tych ośmiu punktach zawiera się wszystko czym kobiety były zainteresowane z mojej strony. Moja inteligencja, wiedza, światopogląd, podejście do ludzi i świata kompletnie nie miało znaczenia, mimo że słyszałem nie raz jak to trzeba być wyrozumiałym, dobrym i kochać zwierzątka (ludzi już niekoniecznie) . Niestety – w chwili, gdy jedna z wymienionych potrzeb ustawała lub ja przestawałem ja spełniać , natychmiast byłem odstawiany jak zbędny przedmiot – bez słowa, w czystym milczeniu. Tak się zachowują psychopaci . Artur, często piszesz o empatii, uczuciach. Ja już nie wierzę w coś co kobieta nazywa miłością. Nie jest to nic innego jak stan haju emocjonalnego podbity odpowiednią porcją hormonów i emocji, jaką w zależności od jej potrzeb jesteśmy w stanie jej zapewnić. Jeśli myślisz, że uda Ci się utrzymać jakąkolwiek relację bez strat w psychice lub portfelu, to jesteś w ciężkim błędzie. Płacimy zawsze – albo gotówką albo zdrowiem. Bukowski miał rację – wszyscy jesteśmy klientami. Szczerze mówiąc, nie wiem co lepsze – generalnie zależy od konfiguracji i tego kto z czym ma mniej problemów.
 
Pozdrawiam
Jack Strong