Caregiver.

Dziś spróbujemy sobie odpowiedzieć na pytanie czy potrzebujemy dawać czy też potrzebujemy być kochani? Ostatnimi czasy zafascynowałem się tym co osiągnięto na polu analiz relacji między ludzkich za wielką wodą. Prócz dr Tary Palmatier prowadzącej witrynę shrink4men trafiłem na dr Shari Schreiber oraz serię jej rozważań na temat przyczyn fuckupów w relacjach międzyludzkich. Temat jest mi bliski z wiadomych powodów 😀 za to dziś wyjątkowo ujmę go z punktu widzenia zarówno kobiet jak i mężczyzn, gdyż w poruszanym obszarze w zasadzie nie ma różnic jeśli chodzi o schematy na jakie możemy się nadziać 😉 Do dzieła zatem!

Czy często w przeszłości zastanawiając się nad sobą dochodziłeś do wniosku, że ludzie głównie od Ciebie biorą nie dając nic albo niewiele w zamian? Czy zdarzało Ci się czuć dysonans w związku z tym, że pomagałeś innym, gdy byli w potrzebie a kiedy okazało się, że pomocy potrzebujesz Ty zostałeś na lodzie? Czy analizując swoje życie mógłbyś określić siebie jako osobowość typu „caregiver” (ktoś czujący empatię wobec innych, martwiący się o wszystko i wszystkich, dbający o otoczenia itp.)? Czy czułeś się niepewnie i zobowiązany, kiedy usłyszałeś komplement na swój temat albo dostałeś drobny prezent? Ile razy odpowiadałeś machinalnie – to nie ważne, to nic nadzwyczajnego, nie zasługuję na to itp.? Czy wiesz i rozumiesz co to znaczy być w relacji charakteryzującej się wzajemnością? Jeśli powyższe pytania sprawiają, że czujesz się dziwnie albo odpowiadasz na nie twierdząco (za wyjątkiem ostatniego) to jest bardzo prawdopodobne, że taka postawa zaczęła w Tobie kiełkować w dzieciństwie, kiedy to czułeś, że otrzymanie atencji ze strony bliskich, uczucia, wsparcia emocjonalnego czy ciepła było obciążone potrzebą wkupienia się w uwagę bliskich lub rodziców. Innymi słowy, w Twoim układzie limbicznym na skutek braków w procesie wychowania wynikających najpewniej z ignorancji ludzi, którzy przygotowywali Cię do dorosłości wykształciłeś nawyk, że aby otrzymać coś na płaszczyźnie emocjonalnej musiałeś zasłużyć. Na przykład pochwała wymagała otrzymania dobrej oceny, dziewczynki były chwalone wówczas, gdy zajęły się młodszym rodzeństwem, chłopcy gdy pomagali w polu itp. Jako efekt takiego podejścia ze strony najczęściej rodziców wykształciłeś w sobie nawyk „płacenia” za czyjąś uwagę oraz przyzwyczajenie, że potrzeby innych są dużo ważniejsze niż Twoje. Postawienie swoich potrzeb ponad tym co oczekiwało od Ciebie środowisko oznaczało karę, poczucie winy albo wstydu. Wracając do początku i terminu „caregiver” – to nawet jeśli zidentyfikujesz w sobie takie cechy to nie znaczy, że taki się urodziłeś, tylko zaszczepiono Ci je jako efekt procesów, których elementem stałeś się w dzieciństwie.

Czy w domu rodzinnym miałeś wrażenie, że jesteś ściśle kontrolowany i nadzorowany? Wszelkie wyjścia, godziny policyjne, sprawdzanie co, z kim, gdzie i dlaczego? Czy wyrosłeś w poczuciu, że musisz być perfekcyjny albo pomocny, aby uzyskać akceptację jednego albo obojga rodziców? Jak bardzo źle się czułeś, kiedy zdarzało się, że nie spełniałeś ich oczekiwań? Jak często czułeś, że robisz coś, czego tak naprawdę nie chcesz? Czy może było to odrzucenie, kara cielesna albo brak ciepła? Czy może byłeś świadkiem targów, gdzie porównywano Cię z rodzeństwem wskazując na Twoją ułomność na jakimś polu? Brzmi znajomo? Poczekaj – dopiero zaczynamy…

Czytając ten tekst możesz poczuć znużenie albo nagły przypływ senności, czy napad smutku – nie musisz się martwić bo jest to naturalna reakcja somatyczna na fakt, że wpis, który czytasz porusza bardzo ważne dla Ciebie kwestie. Jeśli tak jest, to w dowolnej chwili zrób sobie krótką przerwę, zajmij się czymś innym i wróć tu, gdy poczujesz, że niepokój minął. Ten felieton jest dość ważny, bo będę się na niego powoływał w przyszłych rozważaniach, w których być może odnajdziesz jakiś fragment swojego życia?

Klucz: Wszystkie istoty żyjące mają swoje potrzeby – masz je i TY!

Wielu pacjentów dr Shari Schreiber w czasie sesji, jakie z nimi prowadziła informowało ją, że często jako dzieci byli chwaleni za fakt nie płakania. Zosia to takie dobre dziecko – ona nigdy nie płacze, nawet jak dzieje jej się krzywda! Każde dziecko ma swoje potrzeby a jedną z podstawowych jest możliwość płaczu, który to jest wykorzystywany do sygnalizowania, że są głodne, senne, potrzebują ciepła/komfortu itp. Jeśli dziecko nigdy nie płacze to musimy zadać sobie pytanie dlaczego tak się dzieje? Czy nie czuje się czasem niezbyt pewnie, aby wyrazić to co czuje w naturalny sposób? Czy nie jest tak, że dławi ból wewnątrz oczekując nagrody za bycie „niekłopotliwym”? Czy zdajecie sobie sprawę, jak ważny jest płacz dziecka? Bez tego prawdopodobnie ludzkość by nie przetrwała? Zaprogramowano nasz układ limbiczny tak, aby nie okazywać własnych potrzeb na poziomie podświadomym ale jako, że świadomość i podświadomość w pewnych zakresach decyzyjnych przenikają się to ten stygmat wpłynie na to, że zaciskamy zęby starając się uzyskać atencję innych nie sygnalizując tego w żaden sposób. Zakodowaliśmy sobie, że nieokazywanie potrzeb i staranie się w ten sposób o atencję tych, na których nam zależy jest normą i dobrą metodą, bo rodzącą pochwały. Niestety – w życiu to tak nie działa. Przykład? Zrobiłaś śniadanie, sprzątnęłaś pokój, pozbierałaś jego skarpetki z podłogi a on siedzi i gapi się w TV. Jesteś na niego wściekła ale NIC nie mówisz, bo nie chcesz się narazić. Błagasz wręcz, żeby on sam się domyślił, że coś tu nie gra. Niestety – nie domyśli się. Co najwyżej wejdzie w rolę Twojego rodzica i pochwali Cię, że doskonale sobie z wszystkim radzisz. To owszem spowoduje przypływ pewnej ulgi ale zaraz za nim wróci poczucie, że jesteś…wykorzystywana. Bo jesteś, ale na własne życzenie i dlatego, że odgrywasz przedstawienie z dzieciństwa!

Nikt z nas nie miał ani perfekcyjnych rodziców ani dzieciństwa – to oczywiste, bo poziom wiedzy i karmienia ludzi mrzonkami przed epoką internetu był żenujący, tu nie chodzi o zwalenie na kogokolwiek winy i rozgrzeszenie się, bo wszyscy jesteśmy efektem doświadczeń i tego co nas spotkało, ale jeśli choć jedna osoba zrozumie, że to iż nie wychodzi jej w relacjach jest nie jej bezpośrednią winą tylko okoliczności, które przy odrobinie zaparcia można przepracować i wyjść na prostą. Mimo, że czasem trzeba działać pozornie wbrew sobie…

Jeśli wewnętrznie czujesz, że jesteś „caregiverem” wykorzystywanym przez innych, to bardzo prawdopodobne, że źródło tych problemów leży właśnie w fakcie, że Twoje emocjonalne potrzeby nie były we właściwy lub wystarczający sposób zaspokajane w fazie dzieciństwa. Bardzo możliwe, że Twoi rodzice byli zwyczajne zapracowani a Ty starałeś się być „niewidocznym”, niesprawiającym kłopotów dzieckiem nie chcąc pogłębiać przepaści emocjonalnej albo narażać się na bolesne odtrącenie. Jest również prawdopodobne, że ktoś z Twoich bliskich (np. ojciec) stawiał potrzeby innych (np. matki) wyżej niż swoje (i Twoje) i właśnie ten schemat Ty teraz emulujesz na co dzień jako dorosły człowiek. Zwyczajnie myślisz, że tak trzeba bo tak robią „dobrzy ludzie” a Ty jesteś silna. Więc może jeśli kolejny raz zrezygnujesz ze spotkania z fajnym facetem bo musisz odwieźć siostrę zastanowisz się co robisz? Może ten tekst uzmysłowi Ci, że TY też się liczysz, podobnie jak Twoje potrzeby. Owszem – bądź altruistą, pomagaj, wspiera ale zawsze pytaj siebie co w danej chwili jest dla Ciebie ważne. Co jest ważne dla Twojej świadomości a nie podświadomości. I nie daj się wbijać w poczucie winy – ludzie kochają to robić bo wówczas manipulują innymi i wykorzystują ich dla własnych celów. Jaka ta moja córka dobra – nie ma świata poza mną….Mama kiedyś odejdzie. Na kogo przerzucisz spektakl z dzieciństwa? No właśnie…

Często się zdarza, że szczególnie kobiety obarczone syndromem „caregivera” brną w relacje z osobnikami z marginesu, alkoholikami, ludźmi niezaradnymi bo oni umożliwiają im przerzucenie spektaklu z dzieciństwa na partnera. Często zdarza się, że facet alkoholik spotykając taką troskliwą kobietę wychodzi z nałogu i zaczyna być fajnym, przykładnym partnerem i mężczyzną. I co wówczas się dzieje? Pani odchodzi…Czemu? To proste – ten człowiek znów był tylko narzędziem. Narzędziem umożliwiającym odegranie roli z domu rodzinnego, kiedy stanął na nogi przestał wpisywać się w ramy i wypadł z kręgu zainteresowania kobiety. To nie jest tak, że one są „pojebane” bo skoro pił i bił to ona tkwiła a jak przestał to odeszła. Te kobiety to zombie…przykro mi.

Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci…

Znasz to powiedzenie? Zastanawiałeś się nad jego sensem? Czy wiesz, że możesz się zmienić a klucz do spełnienia tkwi w Tobie? Po to siedzę wieczorem pisząc ten tekst. Tak jestem „cargiverem”, który sądzi, że w ten sposób zasłuży sobie na atencję i poważanie innych ludzi. Szokuje Cię to wyznanie? To dobrze, bo może zastanawiasz się czy czasem ten facet nie jest chory, bo zamiast zająć się oglądaniem meczu w TV produkuje steki wersów, które inni za chwilę docenią. Tak – mam ten problem ale go zidentyfikowałem i pracuję nad nim. Póki co pewna forma izolacji od ludzi w świecie realnym jest mi niezbędna ze względu na to, że jestem co prawda „ceragiverem” ale świadomym a to oznacza, że widzę i czuję, kiedy ktoś mnie wykorzystuje albo jest nie fair. Dodatkowo potrafię zareagować a sami rozumiecie, że trudno się dziwić komuś, kto nas opuszcza, jeśli nagle zmieniamy się z kogoś kto jest w stanie uchylić komuś nieba w zimnego i zamkniętego w sobie cichego skurwysyna? Można poczuć dysonans? Można. To nic nadzwyczajnego. Skala mojego dawania siebie przekroczyła limit a ja w takich sytuacjach nie informuję, że chciałbym dostać coś z drugiej strony, tylko zamykam się w sobie i uciekam. Prosić? To nie ludzkie. Wiesz czemu ludzie biegają maratony w wieku 40 lat? Bo muszą być lepsi niż inni. Czemu lepsi? Bo w ten sposób zasłużą sobie na akceptację…

Rozumiesz schemat czy mam jaśniej tłumaczyć? Jesteś taka sama/taki sam…Być może stoisz po drugiej stronie barykady, gdzie dostawałeś/dostawałaś wszystko od otoczenia za względu np. na wspaniałą aurę i dziś stanowisz doskonałą przeciw wagę dla ludzi naszego pokroju? Jeśli tak, to pomyśl zanim zrobisz cokolwiek. Zapewniam Cię, że zepchnięcie kogoś z wózka inwalidzkiego nie jest powodem do dumy. U nas wózka nie widać ale mentalnie jest on tożsamy.

Wróćmy do schematów, bo wiem, że szczególnie drogie Panie denerwują się, kiedy mówię, że jesteśmy wszyscy tacy sami. Jesteśmy. Nie w sensie osobowości, zainteresowań czy tego co sobą reprezentujemy ale w sensie mechanizmów, które nami kierują. Przykro mi ale na ziemi tej ziemi nie ma ludzi wyjątkowych pod żadnym względem. Są tylko lepsze lub gorsze programy wsadowe, operacyjne, wykonawcze i…determinacja. To ostatnie to jedyne element, który choć trochę można wykształcić samemu. Reszta to zwykła farma jak w The Sims.

Wróćmy do programowania wsadowego – mały człowiek nie jest w stanie w żaden sposób zrelatywizować słowa „kocham cię”. To coś w rozumieniu programu wsadowego dziecka nie znaczy dokładnie nic jeśli nie jest tożsame z idącym za nim zachowaniem programisty czyli w tym wypadku opiekuna. Mało tego, kobiety „nie potrafiące kochać” są tworem potężnego dysonansu między „kocham cię” a tym co je spotykało w dzieciństwie. Chyba już lepiej jest, jeśli to kocham nie występuje w ogóle, bo jeśli ktoś kogoś kocha a zachowuje się w sposób patologiczny, to człowiek utożsamia „miłość” z czymś co wyłącznie rani. Dziewczyny! Jest mi Was tak strasznie szkoda – jesteście nie raz przepięknymi cudami natury, spaczonymi przez programistów niczym Steven Hawking przez naturę. To co widać na zewnątrz tak bardzo kontrastuje z tym co w środku, że chce mi się nie raz płakać. To jest straszne. Mimo to, możecie to zmienić…nauczyć się kochać, najpierw siebie a później innych. To długa i bolesna droga, wymagająca działania „wbrew” sobie. Ból, pot i łzy – warto.

Dziecko nie raz nie dwa pyta rodzica, „czy mnie kochasz”? I otrzymuje odpowiedź – „oczywiście, że tak – jesteś moim dzieckiem!”. Zauważyłeś zależność? To nie jest bezinteresowna miłość, tylko zależna od faktu zaistnienia pewnego stanu, w tym wypadku bycia czyimś dzieckiem. Takie programowanie rodzi konsekwencje w postaci – jeśli ktoś mnie kocha to muszę na to zasłużyć. Nie jestem przecież jego dzieckiem. Czujesz klimat? Warunkując miłość do dziecka programujesz mu walidację uczucia w zależności od warunków. A to tylko wierzchołek góry lodowej…

Sklonowany spisek….

Narcyzm wśród rodziców jest jedną z najczęstszych powodów psychopatologii w naszym społeczeństwie. Opiekunowie wielokrotnie wymagają, aby dziecko zachowywało się i realizowało programy, które oni pod nazwą wychowanie, czy ścieżka życiowa uważają za jedyne słuszne. Jeśli teraz dziecko lekarza przejawia zdolności do bycia aktorem a rodzic robi wszystko, żeby zmusić je do zostania np. ginekologiem spowoduje totalne wykolejenie się osobowości takiego człowieka poprzez poczucie niedoskonałości. Paradoksalnie lepiej chyba jest w takiej sytuacji, kiedy rodzic nie ma żadnych ambicji i pozwala nieświadomie rozwijać się dziecku w obranym przez nie kierunku bez naciskania na wyniki, osiągnięcia itp. Co z tego, że koleś zostanie chirurgiem roku jeśli zaszczepione w nim poczucie nie bycia doskonałym spowoduje, że będzie chlał co wieczór nie umiejąc zidentyfikować, gdzie jest problem. Problem jest tu, że chirurgiem został przez siłę, gdyż całe życie marzył aby pracować na kolei i prowadzić elektrowozy. Owszem czyta literaturę fachową, rozwija się, bierze udział w sympozjach naukowych, mało tego – jest najlepszy w kraju! Ale poczucia spełnienia brak – i nigdy nie nadejdzie. Czemu? Ten człowiek odgrywa rolę swojego rodzica…

Takie rzeczy rodzą tylko depresję. Sam skończyłem renomowaną uczelnię bo…chcieli tego moi bliscy. W rzeczywistości chciałem robić coś innego. Osiągnąłem w swoim fachu sporo, niestety – nie mam satysfakcji. Łapiesz mechanizm? Jeśli masz dzieci akceptuj ich wybory, nawet jeśli budzi to Twój strach albo wstręt. Lepsza spełniona kucharka niż wyjąca w poduszkę modelka czy prawniczka. Każdy jest na swój sposób wartościowy a parcie na sukces czy pieniądze jest porażką, która wyjdzie niczym syf spod skóry. Zawsze wyjdzie.

Narcystyczni rodzice z przerostem ambicji są źródłem niestabilności emocjonalnej u dzieci, która przechodzi w syndrom u dorosłych. Dziecko idąc w kierunku niezgodnym z własnymi potrzebami osiąga cele ale ogromnym kosztem, co zawsze zabiera dużą część satysfakcji. Wychodzą wtedy bardzo często zachowania autodestrukcyjne w przypadku, kiedy ktoś zmuszony do kucia matematyki spędza siódmą noc z rzędu chcąc zaliczyć kolokwium, gdzie jedyną nagrodą jest nie satysfakcja własna tylko aprobata autorytetu, w tym wypadku rodzica. Jeszcze gorzej jest wówczas, jeśli kolos nie pójdzie. Poczucie wartości leci w dół na łeb na szyję.

Doszliśmy mniej więcej do 1/3 tematu. Nie chcę tego ładować w jednym kawałku, bo mało kto znajdzie w sobie zaparcie, aby to przeczytać, przemyśleć i przyswoić. Jeśli uważasz, że warto – daj łapkę. Będę wiedział, że nie walę w próżnię. A może komuś się to przyda? 😉