Paradoks trudnego uczucia.

„To dziwne. Mam większość cech osobowości typu borderline, a właśnie w taki sposób myślę o swoich uczuciach jak w hymnie o miłości, że jest cierpliwa i łaskawa. Codziennie muszę zmierzać się z milionami paranoi, w fazie idealizacji umiera się psychicznie bez przerwy. Ostatnio do rozpaczy doprowadziło mnie spostrzeżenie, że osoba, na której mi zależy nie patrzy na mnie zbyt często, gdy pracuje. Dla mnie to naturalny objaw miłości, że nie odrywam od niego wzroku. Nieodpisanie na smsa to już jawny dowód braku jakichkolwiek uczuć dla mnie. Ale te wszystkie winy niezawinione (łaskawie) przebaczam, choć najczęściej ktoś nawet nie ma pojęcia o tym, że zrobił coś, czym ugodził mnie w serce.

Opowiem coś więcej… kiedyś zakochałam się w koledze z pracy, ogólnie między nami iskrzyło, ale moje dziwaczne zachowania chyba go odstraszały. Na przykład za każdym razem kiedy szedł na przerwę o innej godzinie niż ja, byłam święcie przekonana, że on to robi, żeby mi dać do zrozumienia, że nie jest mną zainteresowany, że unika mnie i nie chce więcej kontaktu… Przeżywałam to tak silnie, że sama potem nie odzywałam się do niego, bo nie potrafię się narzucać. Niedawno dowiedziałam się, że tam gdzie pracował codziennie robili sobie losowanie kto idzie na przerwę o jakiej godzinie. Wiem, że to brzmi jak jakaś groteska, ale tak było. Tak naprawdę w takich zwyczajnych sytuacjach powracają do nas jakieś demony i nie pozwalają nam myśleć logicznie.


Gdy wydaje mi się, że relacja się psuje, to od razu myślę, że to się dzieje nieodwołanie i że nie mam na to żadnego wpływu. Wychodzę z założenia, że albo ktoś mnie kocha bezwarunkowo forever&ever, albo ma jakieś złe zamiary. Sama się dziwię teraz jak to piszę, że można tak myśleć, ale w taki właśnie sposób reaguje moja psychika.
Mam w głowie wizję miłości, która jest nieodłącznie związana z cierpieniem. Myślę, że muszę sobie żyły wypruwać, żeby ją zdobyć, ale poza przeżywaniem w mojej głowie żałosnych dramacików, niewiele więcej robię. Wydaje mi się, że muszę się wspiąć na wyżyny doskonałości, żeby wreszcie sobie na nią zasłużyć.
To naprawdę dziwne, bo funkcjonują we mnie jakby dwie osoby:

 1. Pewna siebie i popularna, ktoś mnie nawet nazwał ostatnio „łamaczką męskich serc”, czym wzbudził moje najwyższe zdumienie, bo ta:

2. jest tak krucha, że boi się absolutnie wszystkiego.


Ale im więcej miłość przynosi mi cierpień, tym bardziej się angażuję. (Ale nie mam na myśli sytuacji kiedy wiem, że ktoś nie jest jej wart. Wtedy odpuszczam.) Czasem sama chyba wszystko komplikuję, bo gdy wydaje mi się, że wszystko się zaczyna układać, to doznaję jakby takiego…hmm… zawodu? Mnie samą to wszystko przeraża i zadziwia, ale tak niestety jest i ja nie mam nad moimi reakcjami żadnej kontroli. Muszę się przywoływać do porządku myśleniem o tej drugiej osobie, której przecież za nic w świecie nie chciałabym skrzywdzić, a jednak mam świadomość, że robię to, mszcząc się za coś, co tylko w mojej głowie było aktem wymierzonym przeciwko mnie.”